Our Blog

Romuald i Roman (1968-1976)



"Ukazał się dwupłytowy album dokumentujący jeden z najniezwyklejszych epizodów w historii polskiego rocka. Wrocławski zespół Romuald & Roman istniał zaledwie osiem lat, rozpadł się nie doczekawszy publikacji debiutanckiej płyty i... przeszedł do legendy

Kto na serio interesuje się polską muzyką rozrywkową lat 60. i 70. minionego wieku, wie, że na przełomie epok Gomułki i Gierka Romuald & Roman byli jedną z najważniejszych w kraju formacji bigbitowych - jako jedni z pierwszych demonstrowali publiczności walory wirtuozerskiego rocka progresywnego i jazzującego fusion. I jak mało kto dbali o estradowy image i plastyczną oprawę koncertów.

Z niejasnych powodów - bo na pewno nie chodziło o umiejętności warsztatowe i fantazję - nie udało im się zaistnieć na muzycznym rynku tak jak nieodległemu stylistycznie śląskiemu SBB czy warszawskiemu Klanowi. Po tych ostatnich grupach zostały fantastyczne płyty - po Romualdzie & Romanie zaledwie sto kilkadziesiąt minut nagrań rozproszonych po różnych archiwach i prywatnych taśmotekach.

Krótko przed rozwiązaniem grupy w 1976 r. zespół wszedł do studia Polskich Nagrań - jednej z dwóch istniejących wtedy w Polsce wytwórni płytowych - i nagrał materiał na debiutancki longplay. Płyta nigdy nie trafiła do tłoczni, a ludzi, którzy słyszeli te nagrania, można policzyć na palcach jednej ręki - w przeciwieństwie do młodocianych słuchaczy, którzy kilka lat wcześniej, wysyłając pocztówki do Rozgłośni Harcerskiej, wynosili na szczyty list przebojów takie hity, jak "Bobas", "Człowiek", "A ja nigdy i basta".



- W latach 60. i 70. we Wrocławiu był największy w Polsce odsetek ludzi poniżej 18. roku życia - wspominał dziennikarz Leszek Budrewicz, jeden z najwierniejszych fanów zespołu. - I dla tych ludzi, także dla mnie, to był zespół kultowy. Spełniali dwa marzenia prawdziwego fana bigbitu: po pierwsze, grali ambitny rock, tak jak się grało na Zachodzie w epoce festiwalu w Woodstock, a nie jakieś mydełkowate pioseneczki. Po drugie, byli nasi, stąd, wrocławscy. Nie wymigiwali się od grania na studniówkach, nie zgrywali gwiazd, choć mieli status "Śląska Wrocław polskiego mocnego uderzenia". Można ich było spotkać na lodowisku albo na boisku i zagrać w piłkę. Lubili prowokować. Mieli np. piosenkę "Towarowy rusza do Indii" - w skrócie TRI, czyli jedna z pierwszych używek narkotycznych, które robiły za Gierka karierę w Polsce.

Romuald & Roman rozpadł się, kiedy liczba zmian personalnych w zespole zmęczyła już nie tylko samych muzyków, ale i najbardziej wytrwałych fanów. Epilog, jak życie dopisało karierze Romualda & Romana, okazał się banalny. Romuald Piasecki zarabiał na życie, muzykując w ciepłych krajach, dziś mieszka w Anglii i nie zajmuje się muzyką. Roman Runowicz, którzy odszedł z zespołu w 1971 r., mieszka w Niemczech. Też odłożył gitarę do szafy. Kilku członków zespołu dalej wiedzie rockandrollowy styl życia, mając raczej niewielkie szanse na osiągnięcie gwiazdorskiego statusu.

Sześć lat temu Marek Łaciak, jeden z menedżerów zespołu, doprowadził do reaktywacji grupy. Kilka koncertów dla grona fanów zespołu było wielkim przeżyciem pokoleniowym, ale do historii rocka nie wniosło właściwie nic istotnego. Zagrali stare numery, zapowiadany nowy repertuar okazał się pobożnym życzeniem. W końcu drogi muzyków rozeszły się po raz kolejny.

Płyta z archiwalnymi nagraniami odnalezionymi dzięki mrówczej pracy Krystyny Majewskiej i Joanny Mirockiej z taśmoteki Polskiego Radia Wrocław jest jak prezent z zaświatów - proste przeboje sąsiadują z rozbudowanymi kompozycjami pełnymi długich improwizacji i wyrafinowanych harmonii. Wszystkie pod względem czysto technicznym brzmią bardzo już archaicznie.

Standard polskich studiów nagraniowych ponad trzy dekady temu nie był wysoki, a przy tej edycji przyjęto zasadę - nie jestem pewien czy słuszną - jak najmniejszej ingerencji w oryginalną materię. Słucham więc tych niezremasterowanych nagrań i aż się pocę na myśl, jak daleko mógłby zajść wrocławski band, gdyby jego artystycznym poczynaniom towarzyszyło więcej showbiznesowego pragmatyzmu. Tylko czy wtedy Romulad & Roman stałby się legendą? (Gazeta Wyborcza)"

Kup płytę

(link in comments)

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

mógłbyś wrzucić re-posta?

ankh pisze...

Bardzo proszę. Re-post:
part one
part two

pass: savagesaints

Anonimowy pisze...

wielkie dzięki. długo tego szukałem.gratuluje bloga.

Anonimowy pisze...

Również bardzo dziękuję. Myślałem, że Romuald i Roman są całkowicei zapomniani:-)

The Savage Saints Designed by Templateism | Blogger Templates Copyright © 2014

Autor obrazów motywu: richcano. Obsługiwane przez usługę Blogger.