Our Blog

Grzegorz Przemyk (1963-1983)



dziurawe mam ręce
wypadają mi z nich
pierwsze drobne czereśnie
tego roku
nie doniosę ich chyba
do ciebie
syneczku
- Barbara Sadowska (ze zbioru "Słodko być dzieckiem Boga")

Reportaż Wojciecha Tochmana (fragmenty)

Grzegorz Przemyk umarł wczesnym popołudniem. Miał 19 lat. Był maturzystą Liceum im. Modrzewskiego. Był synem Barbary Sadowskiej, poetki. Niektórzy spośród jej przyjaciół mówią dzisiaj: gdyby nie taka Basia, nie jej dom, nie byłoby takiego Grzesia. Nie byłoby tej śmierci. Jej matka postanowiła sprawdzić, co czeka wnuka, który właśnie się urodził. Pojechała do wróża znanego w całej Warszawie. Wróż brał spore pieniądze, ale przyszłości nie zdradzał od razu. Kazał czekać na list. Był maj 1964 roku.

List nadszedł wkrótce. Jej matka otworzyła kopertę, wyjęła kartkę, przeczytała. Schowała ją i znowu wyjęła. I znowu przeczytała. Zaczęła ją drzeć: powoli, dokładnie, na coraz mniejsze kawałeczki.

Barbara lubiła wracać do tej rodzinnej opowieści, ale nigdy nie powiedziała, co tam było napisane. Bo sama nie wiedziała. Mówiła o tym bez niepokoju, żartobliwie. Aż do 12 maja 1983 roku.

Tego popołudnia nie było jej w domu. Do syna przyszli koledzy. Wypili trochę wina (później prasa napisze, że byli pijani). Zrobiło się ciemno od chmur, więc wyszli na balkon (wysokościowiec przy Hibnera stoi nieopodal Marszałkowskiej, z mieszkania na jedenastym piętrze.widać całe centrum). On lubił burzę, więc krzyknął: - Idziemy na Starówkę, dajmy się zmoczyć.

Wybiegli, burza minęła, nadeszli milicjanci, chcieli dokumentów. Z ulicy (ściślej: z placu Zamkowego) zabrali go na komisariat przy Jezuickiej. Był z nim starszy kolega, a jej przyjaciel (ten romans bezpieka ogłosi w mediach jako dowód na moralne zepsucie domu przy Hibnera).

Z komisariatu syna zabrało pogotowie. Z siedziby pogotowia przy Hożej mieli go przewieźć do psychiatryka, bo lekarz nie dostrzegł pobicia. Dostrzegł obłęd. Ale ona już się dowiedziała, już przybiegła, już rozmawiała z doktorem (- Mój syn nie jest psychiczny, on jest pobity - tłumaczyła).



Wzięła go do domu.

Opowiadał, że bili go milicjanci, łokciem w brzuch.

Nazajutrz trafił do szpitala na Solcu. O godzinie 0.15 (więc już 14 maja) lekarze zaczęli operację. - Najchętniej bym zemdlał - powiedział jeden z nich, gdy zajrzał do środka.

Operacja skończyła się nad ranem.

Grzegorz Przemyk umarł wczesnym popołudniem. Miał 19 lat. Był maturzystą Liceum im. Modrzewskiego.

Był synem Barbary Sadowskiej, poetki.

Niektórzy spośród jej przyjaciół mówią dzisiaj: gdyby nie taka Basia, nie jej dom, nie byłoby takiego Grzesia. Nie byłoby tej śmierci.

Obok, dwie minuty od ulicy Hibnera, przy Jasnej na tyłach domów towarowych "Centrum", mieszkała kiedyś inna poetka. Grzegorz był rówieśnikiem jej syna - Dawida. Dawid B., dzisiaj psycholog, opowiada o dzieciństwie: - Dorastaliśmy pod stolikami w barku Kurierek. Tam nasze samotne mamy ubrane w jakieś pióra i kwiaty popijały wino.



Z Kurierka (którego dzisiaj już nie ma, jest Pizza Hut) do bloku przy Hibnera (dzisiaj: ul. Zgoda) nie szło się nawet minutę. Był to wtedy bardzo nowoczesny blok: z portierem na dole i niezwykle szybką windą z rozsuwanymi drzwiami. Każdy mógł wjechać na górę i wejść do mieszkania na jedenastym piętrze: przyjaciele i znajomi albo ktoś przed chwilą spotkany na ulicy. Każdy mógł coś przynieść do jedzenia albo nie przynosić nic. Barbara gościła, czym miała, a gotowała świetnie. Koczowali tu niedocenieni albo zakazani artyści, poeci przeklęci (Ratoń, Stachura, Milczewski-Bruno, inni). Wszyscy słuchali Janis Joplin, mówili wiersze francuskich poetów, wspominali Wojaczka, trzymali kciuki za sądzonych robotników. - To cyganeria tamtych czasów. Sztuka, wódka, nieprzystosowanie społeczne i wolny seks - mówią ci, którzy widzieli.



Robotników (właśnie skończyli siedzieć za wolność) nie całkiem już młode poetessy witały przed bramą Rakowieckiej. Zmęczeni i znudzeni więzieniem dawali się przyprowadzać prosto na Hibnera. A tu wciąż tłum: jeszcze jakaś młodzież; jakieś coraz starsze dzieci-kwiaty; jacyś księża z Bieszczad, z Wybrzeża, z gór, którzy przyjechali do stolicy w niejasnych celach i tutaj legli zmęczeni.

W tym domu zawsze dbano o człowieka.

"Wszyscy byli ich rodziną - napisze po latach Marta Kucharska, ostatnia narzeczona Edwarda Stachury. - Nawet pan Franio, współpracownik SB i bramkarz w tym domu. Chciał, żeby mu napisać podanie o rentę, to nie wahał się przyjść z tym na górę. - Jak będą o panią pytać, pani Basiu, to ja zawsze pani powiem" [...]



"Na nasze serca obrzękłe wątroby
Na nasze wargi popękane szorstkie
Na roztrzęsione fatalnie ręce
Oraz na mózgi w daremnej męce
I na te płuca co bez powietrza
Na strach bezsenny na koszmarny zegar
Na wszystko co jest udziałem naszym
Błagamy wzgląd miej ironiczna Pani" (Rafał Wojaczek)



Gra w szczerość
Możesz mnie prosić o obietnicę
obiecam - złamać mogę
O prawdę spytać
proszę mogę skłamać
O Bogu opowieści chcesz
Już w tej chwili mówię
o jego brwiach boskich
O śmierci też mówić dużo bzdurnie
krzyczeć płakać pogrzebywać
I o nasze dziś mnie spytać możesz
odpowiedzi poszukaj w sobie
Lecz o jutro mnie nie pytaj
bo nie wiem jeszcze
czy w ogniu utonę
czy w wodzie spłonę

fotografie: Mark Carrot


2 komentarze:

Anonimowy pisze...

mam wrażenie, że czytałem kiedyś ten reportaż w tak nielubianej przez Ciebie "Wyborczej"

ankh pisze...

to już normalnie jest nudne i upierdliwe na maxa. i co z tego że czytałeś to w wyborczej? to że nie czytam nie znaczy że nie czytałem.

The Savage Saints Designed by Templateism | Blogger Templates Copyright © 2014

Autor obrazów motywu: richcano. Obsługiwane przez usługę Blogger.