31.3.08

R.L. Burnside - Ass Pocket of Whiskey (1996)



Amerykański kompozytor, autor tekstów i wykonawca R. L. Burnside jest przedstawicielem starej szkoły bluesa z Missisipi. Burnside był również głową licznej rodziny - 12 dzieci i 25 wnucząt. R. L. Burnside, zaczął grać na gitarze i śpiewać na początku lat czterdziestych, w wieku 16 lat. Minęło jednak sporo czasu, zanim jego nazwisko stało się znane wśród fanów bluesa z całego świata. Jego pierwsza płyta została wydana w 1967 roku. Dzięki niej mógł grać na festiwalach i dawać koncerty. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych występował wraz z zespołem, w którym grali dwaj jego synowie i zięć. Choć na lokalnej scenie muzycznej Burnside należał do gwiazd, to jego muzyka wciąż pozostawiał niemal zupełnie nieznana poza granicami stanu. Przełomowym momentem w karierze była płyta wydana na początku lat dziewięćdziesiątych. To wydarzenie stało się początkiem pasma sukcesów w karierze bluesmena z Missisipi.



Burnside urodził się w 21 listopada 1926 roku w Harmontown w stanie Mississipi. Już w latach swojej młodości słuchał takich bluesmanów jak Fred McDowell czy Joe Cellicott, a wieku kilkunastu lat sam zaczął grać. Artysta dochodził do sławy stopniowo, a w latach 70. jego koncerty można już było oglądać w Europie. Prawdziwą sławę Burnside zyskał w latach 90. Wtedy to nagrał pierwsze dwa albumy dla Fat Possum: "Bad Luck City" w 1993 roku i "Too Bad Jim" rok później. Ich produkcją zajął się Robert Palmer. Po przejściu operacji serca w 1999 roku Burnside rzadko występował na żywo. Zmarł w wieku 78 lat w szpitalu w Memphis. Nie ustalono dokładnej przyczyny zgonu.


Jumper on the Line

R.L Burnside was born in Oxford, Mississippi in 1926 and lived most of his life in the hill country above the Delta. He learned to play guitar from a neighbor, and by a great stroke of luck that neighbor was the great Delta Blues musician Mississippi Fred MacDowell. From MacDowell, Burnside inherited that driving, rhythmic, almost rudimentary one-chord style that distinguishes much of the blues from that region.

However, like most people who play the guitar, Burnside kept his day job. He worked as a farmer and a fisherman, occasionally playing local juke joints or recording a side. It was only in the 1980s that his star began to rise as he played a few European festivals. Subsequently signed to the good people at Fat Possum, Burnside spent the rest of his life releasing a series of outstanding albums that updated his ramshackle Delta style with modern production touches.

In 1996, Burnside recorded an album with indie-rock huckster Jon Spencer titled A Ass Pocket Full of Whiskey which effectively married Burnside's blues sound to the Blues Explosion's chaos and noise. This album catapulted him from relative obscurity to (at least) cult status, and with his third album for the Fat Possum label, 1998's Come On In, his career really hit its stride.


Hill Stomp Hollar (movie trailer)

Produced by a fleet of young white hipsters including a member of Atari Teenage Riot, Come On In meshed the Delta blues with electronic and dub sounds with surprising results. Burnside's signature heavy-footed style, reminiscent of other Delta players like Lightnin' Hopkins and John Lee Hooker, works surprisingly well alongside looped drums, snippets of distorted clavinet, and bass-heavy dub production. Although critics differ on the merits of this album, it is one of my all time favorites in any genre.

Over the course of his subsequent albums for Fat Possum, Burnside would continue in this vein, alternating down-and-dirty blues with experimental tracks. The two I own, Wish I Was in Heaven Sitting Down and Well, Well, Well are equally good but very different. Heaven is essentially a Delta blues recording with some electronic production that at times sounds tacked on but for the most part only supports Burnsides' mile-deep songs. Less driving than Come On In, Heaven engages an atmospheric side at times that is unlike any other blues record I have heard.

Well, Well, Well, on the other hand, collects recordings from as far back as 1986 and includes a great cover of the murder ballad "Stagolee" as well as Lightnin' Hopkins' "Mojo Hand" and Howlin Wolf's "How Many More Years." Although arguably a grab bag of odds and ends, the album hangs together nicely thanks to the strength of Burnsides' repetitive, hypnotic slide guitar work and haunted vocals.

In 2003, Fat Possum put together a collection called Early Recordings, a group of solo recordings made in 1967 and '68 when Burnside was farming. A couple of his best songs that would turn up later on his 1990s albums appear here: "Goin' Down South," and "Come On In" in particular. It is fascinating to hear Burnside in his 'natural' element, unsurrounded by a band, drum loops or studio shine: to wit, he sounds exactly the same. Better yet, Early Recordings contains a number of excellent Delta Blues songs that never turned up on his later "official" albums, making it an essential for, well, everyone.



If you are a casual blues fan, but don't know Burnsides' work, I would recommend starting with Come On In or Early Recordings. The latter is a less out-there starting place - if that's your taste - but if you miss out on his experimental stuff you are doing yourself no favors. I also hear very good things about his second Fat Possum album, 1994's Too Bad Jim. A Ass Pocket Of Whiskey is good too, but probably not the best place to start unless you like your Delta Blues with a side of theremin. Also, many songs appear on both Come On In and Ass Pocket, making only one of them (take yr pick!) truly essential for casual shoppers.

Fat Possum deserve a lot of credit for keeping R.L. Burnside's flame burning. They are a great label, dedicated to the artists on their roster to the point of practically parenting them when necessary. In fact, as far as I know, Burnside was able to live off his music income for the last years of his life, a rare blessing especially for an old Delta farmer. Besides Burnside, Fat Possum have revived or started the careers of Junior Kimbrough (whose juke joint is next door to the Burnside residence), Asie Payton, wierdo T-Model Ford, insane wierdo cracker Hasil Adkins, and insane wierdo cracker freakshow Bob Log III, and Akron, Ohio duo The Black Keys, all of whom are worth a listen.


Come On In (poor quality)

R.L. Burnside was a member of a dying breed of musicians from rural Mississippi who played a music that belonged to an age that fades a bit more every day. That's not to say that he is or was ever a museum piece, but rather he is an emissary from Greil Marcus' "old, weird America," the place where William Faulkner, Johnny Cash, and John Lee Hooker drink together and tell stories.

I hope he is in heaven sitting down. (John Owen)

link in comments

27.3.08

Księga Hioba / The Book Of Job (2007)



„nie krzycz tak głośno, bo nie usłyszysz ust, którymi świat wypowiada ciebie nie biegnij tak szybko, bo nie doświadczysz drogi, która przemawia twoimi nogami”
Andrzej Mitan

[...] Hiob to jeden z głównych bohaterów Starego Testamentu. Z podszeptu Szatana Bóg próbował cnotę Hioba zsyłając nań niezawinione cierpienia. Różne osoby i społeczności znajdywały w jego losie archetyp swojego, tym chętniej, że w Biblii wszystko dobrze się kończy.

Trwał Festiwal Solidarności i wtedy wielu myślało tak o Polsce i Polakach. "Księdze" patronowały "Solidarności" PSJ i Teatru Małego oraz Stowarzyszenie "Remont", matecznik jazzowej ekstremy. Drugą premierę zaplanowano w Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego, ale - z podszeptu Szatana - cztery dni przedtem zesłano Stan Wojenny. Jesienią 1985 roku "Księgę" nagrano w Studiu Teatru Stu w Krakowie. Tym razem głosiło ją nie trzech, a pięciu mówców, w czterech językach, w tym po hebrajsku nasz przyjaciel z MFJ i śląski ziom Adam Baruch, szef firmy Jazzis o światowym zasięgu (Adam wyjechał do Izraela jako nastolatek w 1968 roku). Krakowska sesja "Księgi" była jego pierwszą wizytą w Polsce po emigracji. Jej dramatyczne okoliczności opisał w swym blogu: www.jazzis.com/journal. Także orkiestra się rozwinęła z premierowego kwartetu Super Grupa Bez Fałszywej Skromności do oktetu. Z tej sesji jest ta płyta.

Księga to słowo, a słowo tej "Księgi" to słowo Boga. Kto je słowi, mówi głosem boskim. Tu mistrzowie słowa nie zawodzą, wszyscy mówią bosko, swoimi słowami bez cudzysłowu, grymasu i patosu. Poza sentymentem do skupionego i żarliwego Adama, największe wrażenie robi chyba majestatyczny hebrajski głos Juliusza Bergera, ale może tylko dlatego, że mówi solo w introdukcji i finale. Przestrzeń pomiędzy nimi wypełniają cztery utwory, dwa po niemiecku i po jednym po polsku i po angielsku, poprzedzielane trzema różnymi wersjami tego samego utworu, "Litanii", gdzie wiersze i treści w różnych językach przeplatają się według misternych schematów w duety, tria i kwartety. Aranżacja głosów i języków to prawdziwy majstersztyk. Słowa polskie napisał Miłosz, tylko po polsku "Księgę" się śpiewa (natchniony Andrzej Mitan). Wszystkie inne słowa się mówi, naturalnie i bez wysiłku równania do rytmu muzyki, akurat w "Litaniach" dość wymagającego. Pozostawione sobie samym słowa i zdania układają się w melodie, kontrapunkty i frazy zgodne z muzycznym pulsem, jak sekcja instrumentów w orkiestrze. Brzmią pięknie także dlatego, że mistrz pogłosu Jacek Mastykarz nagrał je w swoim wielkim stylu, czytelnie i przestrzennie.



Jednak to muzyka robi z tych kaplic katedrę, a z opowieści dramat. "Księga" to bardzo foremna suita o przemyślnej konstrukcji. Każdy utwór "jednojęzyczny" jest także popisem solowym, od zapierającego dech fletu w "Introdukcji", przez zbyt chyba skromną trąbkę, wspaniały rapsodyczny bas i ezoteryczny sitar. W trzech "Litaniach" natomiast trąbka i flet grają w duecie, często unisono, wokół sitaru i przeszkadzajek tworzy się sekcja kolorystyczna, a wszystko to napędza sekcja rytmiczna z basu i bębna. W odróżnieniu bowiem od utworów solowych, przeważnie ad libitum, "Litanie" mają motoryczne groove'y. To wbrew tradycji avanti-Remontu, gdzie puls skandowany bardziej niż u Ornette'a zawsze był poniżej godności, co czasami kończyło się ściemką i krzywdą dla publiczności. Tym razem na górze, owszem, czasami się fruwa, choć i tam przeważają dogadane duety trąbki i fletu, w środku czaruje Milo, ale na dole bas i bęben robią swoje równo, raz nawet calypso. Wprawia to w ruch i muzykę z długich, kosmicznych dźwięków i opowieść z szumów słów. Jak wszystko, gdzie jest trąba i funkująca sekcja, czasami przypomina to Milesa, najbardziej chyba wczesnego elektrycznego i hipisowskiego z "Bitches Brew" i "On The Corner".

Podobnie jak tamto, "Księga" nie zestarzała się bardzo, choć od jej nagrania upłynęły 22 lata. Produkcja nagrania natomiast wydaje się dziś nieco demodé. "Przestrzenne" podejście typu ECM, które świetnie sprawdziło się w duetach głosu z instrumentem, w dynamicznych "Litaniach" raczej zawiodło. Sekcji rytmicznej przydałoby się dodać trochę wykopu ponad jej wrodzoną dynamikę, co dziś jest standardem przy masteringu takiego big-beatu.

Andrzej Mitan mniej więcej współcześnie z nagraniem "Księgi" wydał serię płyt z muzyką swoją i swoich kamratów, w niezwykle artystycznych formatach. Na przykład tekturowa okładka jednego z tych longplayów była szczelnie opakowana w drucianą siatkę, jako symbol - o ile pamiętam - uwięzienia dźwięków, jak ptaki, w klatce. Zażartowałem wówczas, że takie płyty się trudno wydaje i jeszcze trudniej słu-cha. "Księga" nie jest bynajmniej opakowana drutem. Przeciwnie, jest wyjątkowo przyjazna słuchaczowi i elegancka, z facsimile afisza z premiery na JJ '81 i archiwalnymi fotografiami. Z tamtą płytą łączy ją tylko artystyczny format. Skoro zajęło to tyle lat, pewnie także i jej nie było łatwo wydać, jeśli jednak potraktuje się ją poważnie, słucha się jej równie łatwo i przyjemnie jak wyjmuje z okładki. (Tomasz Tłuczkiewicz)

Milo Kurtis - percussion, drumla, trombita
Mieczysław Litwiński - sitar
Andrzej Mitan - vocals
Andrzej Przybielski - trumpet
Janusz Trzciński - drums
Zbigniew Wegehaupt - double bass, bass guitar
Krzysztof Zgraja - flute, piano
Adam Baruch - narrator (hebrew)
Juliusz Berger - narrator (hebrew)
Ignacy Machowski - narrator (german)
Jerzy Radziwiłowicz - narrator (english)
Zdzisław Wardejn - narrator (polish)



“Elite” are people living in truth,
characterized by unselfishness
in making good and beautiful deeds”

Andrzej Mitan interviews Andrzej Mitan

- You are one of those artists whose work does not fit into any standard genre of art.

Maybe it’s time to die…

- So if this is omega to you, what was your alfa?

As every young well-bred boy I listened to and analyzed Bach, then the impressionists, and later the great contestant artists, such as Schwitters or Cage. Then the time came for Coltrane, Davis, Jarret, Hendrix, Mclaughlin… and finally I took the risk myself. In 1968, together with Jan Olszak and my brother Piotr I established an art group called ONOMATOPEJA, and after a year we presented our first musical happening. That was my alfa.

- Later you became very active at Riviera-Remont – the Club of the Warsaw School of Technology...

I arrived in Warsaw in 1974, from Lublin, where I studied at the Catholic University. I identified Riviera-Remont as one of the most important places for artistic and intellectual activity. I found its program – which was very modern and distant from political isssues – extremely attractive. Very soon, I joined the group of animators of music, theater, film and art, proposing several interdisciplinary projects.

- Riviera-Remont was a club particularly friendly for jazz fans.

O yes! The greatest jazz artists performed here. They didn’t come to a place which was anonymous. Remont was an important and famous club. For Polish musicians it was a place of highest artistic rank, a place which ensured very good promotion. It was at that time that I got infected with that incredible and incurable disease called JAZZ.



- With whom did you cooperate at that time?

I worked with the composer and guitar player Jan Olszak and poet Jan Gałkowski. A friend – in terms of art – was Cezary Staniszewski – a great personality and book artist. His books didn’t resemble traditional books with text; there were art objects, with abstract signs and imagery on every page. Each book was a fascinating score, which I performed in a prearranged space.

- We’re talking about jazz, about innovative art actions, independent creative activity. But around was everyday life under communism. What was your reaction to this?

The situation required civic activity and cooperation. Teodor Klincewicz „Teoś” – a legend of the anticommunist opposition, entrusted me with the mission of distributing newsletters, illegal books and periodicals. Very soon, Remont became not only the place were independent publications were distributed, but a true stronghold of oppositionist activities. The victory of „Solidarity” in 1980, the registration of the Independent Students’ Union, inspired many art events. The Super Group with No False Modesty was created, with the participation of Janusz Trzciński, Andrzej Bieżan, Helmut Nadolski and Andrzej Przybielski. Our main endeavor was the play „Job’s Book” staged at the National Theatre during the 1981 Jazz Jamboree. Another staging, at the Szczecin docks, planned for December 14, was cancelled because of the proclamation of the martial law.

- Do you have any documentation of this performance?

After several years I managed to organize a recording, so it is not just a transitory reminiscence of that unique period.

- What was your activity like under the martial law?

At the very beginning of that period, the Independent Studio Of Electroacoustic Music was created under the ideological leadership of Krzysztof Knittel. Apart from the two of us it was co-created by the following composers: Paweł Szamański, Stanisław Krupowicz, Andrzej Bieżan, Mieczysław Litwiński and Tadeusz Sudnik. We gave concerts in churches, artists’ studios, private apartments (all students’ clubs, Remont included, were closed). We cooperated with actors. Our {“Psalms” were very well received, they integrated people, and comforted them. After limitation and finally abolishing of the martial law, we implemented several important projects at the National Concert Hall in Warsaw, in the Krzysztofory Club in Krakow, and during the prestigious festival „Inventionen” in West Berlin.

- How was the New Music Club Remont created, and what preceded the production of the famous art records?

Many wonderful perfumers, unconventional artists, composers and jazz musicians were deprived of the opportunity to make professional documentation of their works. Only an independent music publisher could give them that chance. A traditional registration of music on a music record isn’t anything new. That’s why my project was all about producing personal art objects, consisting of a record and a hand made sleeve.

Every record (nine titles, published in a 1000 copies each) was a strict music documentation on one hand, and an independent visual piece of art on the other. In a squat at Sienna street, I managed to establish and run for a couple of weeks a workshop, where artists created art covers for their records. The following artists took part in this big endeavor: Włodzimierz Borowski, Edward Krasiński, Andrzej Bieżan, Krzysztof Knittel, Marcin Krzyżanowski, Wojciech Konikiewicz, Janusz Dziubak, Włodzimierz Pawlik, Wojciech Czajkowski, Helmut Nadolski, Andrzej Przybielski, Zdzisław Piernik, Andrzej Szewczyk, Tadeusz Rolke, Andrzej Zaremba, Jarosław Kozłowski, Cezary Staniszewski, Ryszard Winiarski, Tadeusz Sudnik, Tadeusz Konador and many volunteers. Only later we learnt this was quite a unique project. During an exhibition on history and art of records, organized by the international publisher „Brooken Music”, our series was presented among the works of Warhol, Cage, Heidsieck, Vostell, Kagel. It was a very satisfying project, even more as it was completely non-profitable.

- After the international success of the records, you began to present your works at the RR Gallery curated by Cezary Staniszewski. How did your cooperation with Emmett Williams begin?

Emmett Williams, an internationally renowned artist and the backbone of the international FLUXUS art movement, made his performance „Genesis” in our gallery. Soon after that we organized the first Polish Fluxus-Concert together (concrete poetry-jazz-visualization). I was on cloud nine and proposed to organize an international art festival in Warsaw, which would be something totally innovative. Both Emmett and Cezary were quite skeptical at first, they thought it was an impossible thing to do (political situation, closed borders, the costs of the endeavor etc.) [...] (www.2b.art.pl)

link in comments

26.3.08

Rewelacja znosi rewolucję



Księża-robotnicy, księża-narkomani, komunistyczni generałowie, czerwoni magnaci, "rewolucyjni" przywódcy - radykalna moda święci kolejne tryumfy, radykalny szyk doskonale współgra ze społeczeństwem, w którym szminkę do ust reklamuje slogan "Czerwona rewolucja. Rewolucja REDFLEX" --- R. Vaneigem, Rewolucja życia codziennego

Miłąb
"Rewelacja znosi rewolucję" - artykuł z "Parady krytycznej" nr 8, październik 2000

Istotnie - wystarczy obejrzeć parę spotów reklamowych, aby usłyszeć wszelkie odmiany słowa "rewolucja". Mamy też nadruki na bluzach w stylu "Change The World". W mojej dzielnicy otworzono zaś jakiś czas temu knajpę "Rebelia", której klientelę stanowili młodociani entuzjaści techno i amfetaminy. Banalizacja radykalnego języka w reklamach nie jest, jak wskazuje powyższy cytat sprzed ponad 30 lat, czymś nowym. Co ciekawe jednak - do zjawiska wykorzystania radykalnego słownictwa w reklamach doszło w Polsce ostatnio "radykalizowanie" języka mediów.

Rozważmy np. słowo "happening". Pomimo zdecydowanie anglosaskiego brzmienia, słowo to posiada w języku polskim znaczenie, którego próżno by szukać w słownikach języka angielskiego. I chodzi tu zarówno o znaczenie w sensie semantycznym, jak i w sensie popularności. Historia owego znaczenia rozpoczęła się od niejakiego Marka Hepenera, który tym właśnie, zaczerpniętym z języka awangardowych artystów, słowem zaczął określać pewien typ akcji ulicznych odbywających się w latach osiemdziesiątych. Happening była to akcja na poły artystyczna, na poły polityczna, która czyniła z uczestników wydarzenia (również tych przypadkowych i milicjantów) aktorów, wplątanych niespodziewanie w uliczne przedstawienie i która dzięki temu potrafiła wyjawić absurdy i sprzeczności panującego systemu.


Ewa Partum - Samoidentyfikacja

Dziś to słowo słyszymy nadzwyczaj często. Oto toruńscy policjanci urządzają happening, polegający na wyłożeniu przy szosie kukły, imitującej potrąconego mężczyznę. Oto w Zatoce Puckiej odbywa się happening - pokaz ratownictwa wodnego. Happeningi urządza Liga Republikańska i młodzieżówki SLD. Słowem tym można określić niemal każdą działalność. Podobnie słowem "demonstracja" opatruje się w mediach każde wystąpienie choćby paru osób z jakimś marnym transparentem, choć jeszcze dziesięć lat temu nikt by tak o nim nawet nie pomyślał. Co więcej - kiedy anarchiści we Wrocławiu przestali wychodzić na ulicę, media zaczęły tym mianem określać członków Amnesty International, którzy są na wrocławskich ulicach średnio co trzy tygodnie.

Przyjrzyjmy się konsekwencjom opisywanych tu zjawisk. Z jednej strony są one źródłem pozoru, że społeczeństwo jest aktywne, że z możliwości wyrażania poglądów i dobrodziejstw demokracji istotnie się korzysta. Tak też mamy wiele happeningów, dziś jest to jednak już pokaz ratownictwa wodnego, a nie ośmieszanie systemu, ponieważ obecny system nie zawiera już w sobie absurdów. Proszę - mamy demonstracje tak jak kiedyś, lecz dziś są to już tylko demonstracje w obronie zwierząt futerkowych, ponieważ cala reszta jest w porządku. A "anarchiści" też są, jak w każdej prawdziwej demokracji i walczą z totalitaryzmem w Chinach czy Arabii Saudyjskiej.



Drugą konsekwencją jest również złudzenie. Uczestnicząc w radykalnych akcjach, będąc bywalcem zrewoltowanych barów i miłośnikiem rewolucyjnych bluz, można się poczuć jak rasowy kontestator i takiemu złudzeniu ulegają co mniej rozgarnięci, a niezadowoleni nastolatkowie. Nie byłoby w tym nic strasznego - gorzej, że z drugiej strony fakt ten odstrasza tych bardziej rozgarniętych i niezadowolonych. Skoro jest tyle happeningów i demonstracji i wszystkie są "obciachowe", to kto będzie się pchał jeszcze w jakieś akcje uliczne? Bunt podawany na talerzu rodzi bunt. W tym sensie możemy uważać omawiane zjawiska za reprezentacje przejmowania fragmentów częściowych opozycji przez System.

Ostatnim skutkiem wirtualnej rewolty jest znudzenie. Skoro kontestacja jest permanentna i staje się dobrze oswojonym elementem świata życia codziennego, traci swoją skuteczność, której i tak prawdopodobnie nigdy zbyt wiele nie miała. Jaki bowiem sens może mieć podważanie status quo, skoro niczego to realnie nie zmienia? Historia kontrkultury przetłumaczona na język branży reklamowej jest tożsama z historycznym upadkiem wszelkiej kontestacji, która rozpoczyna się od rozdzielenia kultury i ekonomii.

Proces ten jest więc dość wygodny dla status quo. Tak wygodny, że aż dziw bierze, gdy sobie uzmysłowić, gdzie tkwią jego źródła. W moim przekonaniu nie gdzie indziej niż w fakcie, że kontrkultura przeszła do reklamy i mediów. Owe zjawiska nie są prowokowane przez tajnych agentów Systemu. Nie jest to również dzieło ironicznych prawicowców czy zdradzieckich reformistów. Branża reklamowa jest dla osób wywodzących się ze środowisk kontrkultury niezwykle atrakcyjna przez to, że oni są atrakcyjni dla niej - jako osoby o sporej wyobraźni, doświadczeniu w działalności artystycznej i społecznej. Plastycy-akademicy nie odnajdą się w reklamie. Nie mniej alternatywistów trafia do mediów jako dziennikarze. To im należałoby podziękować.



Vaneigem w cytowanej na początku Rewolucji życia codziennego pisze: "Ale ten manewr może się okazać niebezpieczny dla systemu. Ustawiczne deformowanie najautentyczniejszej potrzeby rewolucyjnej może mieć skutek odwrotny od zamierzonego: doprowadzić w końcu do jej wskrzeszenia, oczyszczenia. Aluzje nie zawsze padają w głuche uszy!" Prawdę mówiąc, ryzyko dla Systemu nie wydaje się zbyt duże. W końcu te zjawiska spełniają swoje zadanie, którym jest utrzymanie odpowiedniego pozoru. Jeśli pozór ten zostanie kiedyś rozpoznany i zniszczony, to oczywiście reklamy rewolucyjne mogą paść ofiarą fatalnej (dla nich) reinterpretacji. Pozór ten może jednak zostać zaatakowany tylko z zewnątrz.

Pozostaje na koniec pytanie, które w pewnym sensie brzmi tak: czy urządzać dzisiaj happenigi? Być może dobrą odpowiedzią na to pytanie jest to, co zrobił Frydrych - niejako tatuś tej formy akcji, który po przyjeździe z Paryża zamiast happeningu zorganizował "konri" (etymologia nieważna -ważne jest to, że jest to synonim happeningu... nieoficjalnie). Walka o język (próba dekompromitacji radykalnych słów) zdaje się być przegrana, a znowuż rezygnacja z pewnych sympatycznych działań czy pojęć - niepotrzebnym walkowerem.

A może spektakl sam odda pole, zaprzestając używania tego typu słów (minie moda?), które my moglibyśmy potem na powrót oczyścić z rdzy i, kto wie, może byłyby jak nówka. W końcu mamy już tego zapowiedź w reklamie któregoś z proszków do prania: "To już nie rewolucja. To rewelacja".

Captain Beefheart - Dichotomy



Rare demos and outtakes. The material is great (although hardly a treasure-trove of "lost" complete studio recordings), but the compilers of this slipshod cash-in have thoughtfully decided not to get rid of any of the tape hiss. Some of this sounds like it was recorded in a chip-shop on friday night. If you are a mad Beefheart fan, you need this.
  1. I Was a Teenage Malt Shop (1963)
  2. Blues Jam (1966)
  3. Tupelo Mississippi (1966)
  4. Mood Liz (1968)
  5. Neon Meate Dream of a Octafish
  6. Ella Guru (1969)
  7. Winnebago Sioux Indian/Pachuco Cadaver (1969)
  8. Frownland (1969)
  9. Comment/Key to the Highway (1971/1972)
  10. Deputy's Horse [Instrumental] (1971/1972)
  11. Sun Zoom Spark (1971/1972)
  12. Seam Crooked Sam (1976)
  13. This Is Captain Beefheart/Love Lies (1978)
This archive contains a compilation.

link in comments

25.3.08

Paraphrenia - Mantrykota (1994)




Na początek przytoczę może krótką recencję Grzegorza Brzozowicza: Zespół Paraphrenia można traktować jak młodszego brata Ahimsy. Podobne korzenie muzyczne, te same, a może nawet większe ambicje. Różnice? Paraphrenia ponad grzmiący gitarowy riff stawia funkowy bas i zdecydowanie bardziej kombinuje w strukturach samych kompozycji. Wbrew pozorom nie jest to atut, gdyż w "Mantrykocie" brakuje lekkości i przystępności "Ducha nie gaście". Poza tym wydaje mi się, że zespołowi zabrakło kogoś, kto by spojrzał na cały materiał z pewnego dystansu. Ta płyta jest po prostu za długa, a jej jednorazowe wysłuchanie - praktycznie niemożliwe. Mimo surowej oceny, uważam, że właśnie Paraphrenię należy uznać za nadzieję naszego rocka.

Jak to dobrze, że czas weryfikuje takie oceny. Pan recenzent pisząc swoją notatkę bodajże w 1995 roku był wówczas po prostu nie przygotowany na przyjęcie czegoś takiego jak "Mantrykota" lub - co tu owijać w bawełnę - koniunktura była nie na taką "muzę", więc pozostawił coś tak lakonicznego. Paraphrenia to był zespół troszkę ponadczasowy a wydanie tej płyty w roku 1994 przeszło praktycznie bez echa. Niemniej uważam tę płytę za jedną z najważniejszych pozycji w historii polskiego rocka. Świetne granie, kapitalne teksty....

Podziękowania dla nieznanego rippera.

link in comments

24.3.08

Dezo Ursiny / Provisorium (1973)



Powracam na moment do słowackiej nuty - i oto mamy przed sobą kolejną interesującą płytę właściwie dwóch grup - Dežo Ursiny i Provisorium, które powstały pod koniec lat sześćdziesiątych i nagrały parę ciekawych albumów. Stylistycznie płyta nawiązuje do dokonań brytyjskiego progresivu takich grup jak Van der Graff Generator czy King Crimson. Nie jestem fanem takiego grania, ale ulegam prośbom, bo wiem, że ma on wielu wielbicieli.

Dežo Ursiny was born as Dezider Ursiny on October the fourth 1947 in Bratislava, Slovakia, then Czechoslovakia. He started playing guitar in his early teens. In 1963 he played in his first group Fontana and at the end of the year 1964 he founded the group The Beatmen. Ursiny was the lead guitarist, lead singer and also composed own songs for the band, which was influenced by the Beatles.

The group was immensely popular in Czechoslovakia and they released two singles in 1965. In 1966 they played in Munich, beeing the first rock group from behind the iron curtain to play in the west. Ursiny, however, grew unsatisfied with the group in the same year. In 1967, Ursiny founds the trio The Soulmen, which played covers of bands like Cream and also performed own material in that style. in December, the group won the first Czechoslovak beat festival in Praguie in the band category. in 1968, soon after the recording of their EP, Thew Soulmen split up. Ursiny creates the progressive rock band New Soulmen. The group records three songs and disbands in 1969. In 1970, Ursiny founds another progressive rock band called Provisorium and they disband after only two concerts in 1971.

Part of the material Ursiny played with the group gets recorded in 1972 for Ursiny´s first LP, released in 1973 under the title "Provisorium". After problems with communist estasblishment and writing music mostly for film documents, ursiny finally releases his second LP in 1978 and he would never quit recording for such a long time again until his death. All of his albums from that time on are sung in Slovak and the lyrics are written by Slovak poet Ivan Štrpka. In 1978, Ursiny also creates the band Buriak, with which he would record his next two albums. From 1983 he performed with what what would be his most stable band, called again Provisorium, although in different line up than the one from 1970. In 1992, his group, under the same name, underwent major changes. The nucleus of this group would work with Ursiny until his untimely death on May, the second 1995 in Bratislava from cancer.

In 1970 the band Provisorium broke up, but they already had a recording contract with Supraphon so Ursiny's manager decided to get half of the already disbanded Flamengo to back up Ursiny and his long time collaborator Jaro Filip. This album's vision sure was quite ambitious at the time it was recorded (1972), and we have one lengthy piece taking up the first side of the original vynil. Only the seed of Ursiny's later more original work is heard here. The album's sound straddles the line between English influences, especially early King Crimson and perhaps early VDGG, Ursiny's original approach to songwriting, with slight influences from dated 60s "bigbeat" music. Now, the songwriting on "Provisorium" was already quite accomplished although nowhere near his more mature work of the late 70s and early 80s. The performance on the album is not the best, as it sometimes sounds that it was recorded in haste, as if the ex-Flamengo members didn't have enough time to properly rehearse the material with direction from Ursiny. Furthermore there are some very outdated production/arranging methods used here. There is a section of the first track that's completely drenched with reverb, and the backing vocals sometimes sound like the Beach Boys or 60s BeeGees, which wasn't exactly novel in 1972.

"Christmas Summer" is an epic in the typical early 70s fashion, to be compared with "In the Court of the Crimson King" or "A Plague of Light Keepers" in that it doesn't rely on virtuostic showcase (a la "Tarkus"), but rather emotional delivery and mood changes. The main stylistic feature to tie this album to KC is Ursiny's voice, who already has a similar natural timbre to Greg Lake, but he obviously also tries to copy his vibrato and delivery. Another highlight from the album is the ballad "Apple Tree In Winter" a very pleasant slow tune with a melody that is similar to known jazz standards. The other two tunes are a bit weaker but still not bad. "I Have Found" is a very energetic song propelled by the drummer Jaroslav Šedivý, although he also also plays a tedious solo towards the end, but well, drum solos were popular in those days. Altogether this is a very good addition to any prog collection, especially for those interested to hear an "eastern" twist on that classic British sound. This was really the only album by this artist to have that English aesthetic to it, so it's very unique. (progarchives)

link in comments

23.3.08

Jimi Hendrix - Nine To The Universe (1980)



Płyta "Nine to the Universe" zawiera tylko instrumentalne nagrania Jimi Hendrixa. Album wyprodukował Alan Douglas, który dużo czasu przeczekał po dwóch swoich wyrobach z 1975 roku. Stworzył płytę dżemów studyjnych z okresu 1-szej połowy 1969 roku ze studio Record Plant. Trzeba mieć nadzieję, że Douglas nie użył muzyków studyjnych i wierzyć, że nagrania są autentyczne, a jedynie lekko podretuszowane na stole mikserskim. Nagranie tytułowe pochodzi z maja 1969 i zawiera Billy'ego Coxa i Buddy'ego Milesa, a więc de facto Band Of Gypsys zanim jeszcze powstali. Numer ten mógł potem zostać przerobiony przez Jimi'ego na Message To Love. W Jimi / Jimmy Jam grają Billy Cox i Mitch Mitchell, a więc drugie wcielenie Experience. Oprócz nich Larry Young na klawiszach, Jim McCarty na gitarze i Roland Robinson na basie. W dwóch kolejnych nagraniach Young / Hendrix i Easy Blues grają również Cox i Mitchell. W Easy Blues dodatkowo pojawia się Larry Lee na drugiej gitarze. W ostatnim dżemie Drone Blues udział biorą Billy Cox i na perkusji Rocky Isaacs. Album jest bardzo cenną pozycją i ukazuje jazzowe podejście Jimi Hendrixa do improwizacji.



The album that demonstrates beyond a shadow of a doubt why Jimi Hendrix still reigns supreme as the God of Guitar. Jimi takes no vocals on any of the six tracks, preferring instead to let his guitar cry and sing. This is a brilliant example of Jimi's fluid improvisational genius. He playing is ratcheted up another notch in the fertile jam-session setting of these astounding recordings, which showcase his creative energy and virtuosity. We are able to hear Hendrix thinking aloud, and he consistently astounds the listener with the force of his ideas. He pairs up on one track with legendary jazz organist Larry Young (who played with Miles Davis on Bitches Brew), creating a jazz-rock masterpiece that outshines in intensity anything recorded by latter day guitar heroes.



The electrifying interplay that he and Young achieve leaves one wondering what kind of music Jimi could have made with Miles Davis, had he not died just one week before they were scheduled to record together in a London studio. This session hints strongly at one of the many possible directions Jimi's music was headed prior to his tragic death in September 1970. This long out-of-print masterpiece deserves to be immediately re-released. Write to your local congressman -- John Ballon



Jimi Hendrix: Guitar
Jim McCartey: Guitar
Larry Lee: Guitar
Larry Young: Organ
Billy Cox: Bass
Dave Holland: Bass
Buddy Miles: Drums
Mitch Mitchell: Drums
Juma Edwards: Percussion

link in comments

The Spoils Of War (1969)





Kolejna perełka psychedelii - The Spoils Of War. Niestety niewiele jest wiadomo na temat tej grupy, ale wyczarowała jeden z najbardziej znakomitych albumów. Brzmieniowo jest to grupa pokrewna innym grupom psychedelicznym wykorzystującym intrumenty elektroniczne jak The United States Of America, Fifty Foot Hose czy White Noise. No i ta niesamowita okładka przypominająca nieco "Wojnę światów"....

Little is known about this late-'60s psychedelic group, except that they were dominated by James Cuomo, who wrote all of the material in addition to producing it. From Urbana, IL, they recorded an album's worth of unreleased tracks in 1969 which finally saw the light of day as a very limited edition German LP in 1998. The record is interesting as an early example of a rock band making heavy use of experimental electronics. These augment, and occasionally overwhelm, Cuomo's rather fragile and spooky songs, which are often real songs, despite the overlays of and detours into effects and noise. It's somewhat in the style of the United States of America or Fifty Foot Hose, although it certainly isn't as excellent and innovative as the U.S.A., nor as conversant with the potential of electronic equipment as Fifty Foot Hose. Worth hearing, though, if you're into that vibe, Cuomo sometimes exhibiting a spacier and folkier sensibility than his counterparts did. ~ Richie Unterberger, All Music Guide

link in comments

Eugene Chadbourne - Songs (1993)



Eugene Chadbourne to legenda współczesnej awangardy. Od wielu lat nieustannie na scenach całego świata. Chadbourne to wielki prześmiewca, innovator technik instrumentalnych, teoretyk, performer.Urodzony w 1954 roku w wieku 11 lat zainspirowany Beatlesami postanowił grać na gitarze. Nieco później, pod wpływem Hendrixa eksperymentuje po raz pierwszy z analogowymi distortionami. Kontakty z rockiem i popem nie satysfakcjonowały młodego Chadbourna, sprzedał więc swoją gitarę elektryczną i kupił akustyczną odkrywając w tym samym czasie jazz.

Zafascynowany Johnem Coltrane'm, szybko zwrócił się w stronę Dereka Baileya i Anthony Braxtona. Uciekając przed zaszczytną służbą wojskową w Wietnamie osiadł na parę lat w Kanadzie, gdzie okazał się wprawnym żurnalistą. W 1976 wrócił do Nowego Jorku i od razu wszedł w zaczarowany krąg sceny Down Town. Nagrał pierwszy solowy album, nawiązał współpracę z Johnem Zornem i Henry Kaiserem. Od tamtego czasu Chadbourne nagrał dziesiątki płyt w najróżniejszych stylistykach, od protest songów, blues, country, avant jazzu do wolnej improwizacji, eksperymentów czy muzyki z jego absurdalnym wokalem. Lista muzyków z którymi współpracował jest niemożliwie długa, ci najważniejsi to: Fred Frith, Elliott Sharp, Evan Johns, Jimmy Carl Black, Kazuhisa Uchihashi, Paul Lovens, Jello Biafra.

Jak wskazuje tytuł, płyta zawiera głównie piosenki, choć są wyjątki. Chadbourne akompaniuje sobie na akustyczne gitarze, banjo i dobro oraz śpiewa kompozycje własne, oraz Tima Buckleya, Phila Ochsa, Willie Nelsona, Franka Perkinsa, Floyda Tilmana i Nicka Drake'a. Gra również jeden utwór Erica Dolphy'ego. Chadbourne gra wyśmienicie, śpiewa z charakterystyczną manierą zbliżoną nieco do country. Warto zwrócić uwagę na ciekawe teksty, w większości, jak to się mówi, "zaangażowane".



There are few musicians who can imagine, let alone attempt, to execute the kind of wild control of a body of songs that Eugene Chadbourne can. His restless muse is ever-wandering over a vast body of music from the popular vernacular. On this set -- a vocal music companion to Intakt 25, Strings -- recorded in 1992 in Switzerland, Chadbourne tackles not only his own wondrous tales of terror, depression, and imagination, but also those of Tim Buckley, Nick Drake (long before the Volkswagen commercial), Willie Nelson, Eric Dolphy, Frank Perkins, and Floyd Tillman. Fans of Chadbourne have long been accustomed to these flights of artistic Weltanschauung, but even they would be hard-pressed to take in the seamless nature of Chadbourne's attack. The set opens with Buckley's "Hallucinations," and in a radically different read, Chadbourne's banjo adds a deep, Dock Boggsish feeling to Buckley's nightmarish lovelorn tale. With shifting, sliding fingers on the hammer end and twisting rhythmic invention, Chadbourne reads the same words but offers an entirely different meaning on them. Likewise, his slide guitar grammar on Phil Ochs' "Knock on the Door" brings the song to the doorstep of an America Ochs had imagined when he wrote the song, but couldn't see out on his front lawn. The guitar version of Dolphy's "Miss Ann" is savvy, street-smart, and tough in its ragged elegance. But Chadbourne's own songs, such as "This Cold War With You," "Captain Hook," or even "Hello Ceausescu" offer a much more poignant and hilarious view of the world of popular song. In fact, these are popular songs that no one else has recorded yet. But that's their problem; at least listeners have these versions. Awesome. ~ Thom Jurek, All Music Guide

link in comments

21.3.08

Ecce Homo


Ecce Homo (Tycjan/Titian)

20.3.08

Teatrzyk Bim-Bom



Gdybym miał umrzeć tysiąckrotnie,
tutaj chciałbym umierać,
gdybym miał rodzić się tysiąckrotnie,
tutaj chciałbym się rodzić,
blikso smukłych, dzikich sosen,
zimnego morskiego wiatru
i dzwonów niedawno kupionych.
Niech nikt nie myśli o mnie,
pomyślmy o całej ziemi
i zastawmy nasze stoły miłością.
Nie chcę, aby powróciła krew
i nasycała chleb i fasolę,
i muzykę, chcę, by ze mną
poszli: górnik, dziewczynka,
adwokat i marynarz,
i także ten, który robi lalki,
byśmy poszli do kina i wyszli stamtąd,
by pić najczerwieńsze wino.
"Cyrk"

Są takie rejony pamięci, które wypełniają czarno-białe obrazy. Obrazy te ożywiają w nas wspomnienia, kadry z minionego życia, zapachy, dotyk, czyjąś twarz. Jednym z takich monolitów, do którego wracam jest polski teatr i kino lat sześćdzisiątych. Powstało wówczas tyle znakomitych i wspaniałych dzieł, że nie mamy się czego wstydzić w stosunku do wielkich amerykańskich czy europejskich produkcji. Gdyby ktoś spytał się jak określić to, co mnie najbardziej ujmuje w tym zjawisku - to sensualizm. Ówczesne Wielkie Kino - charakteryzował intelektualizm, a tu - proszę bardzo - gdzieś na obrzeżach kultury, w szarej i ponurej Komunie - powstawały przepiękne dzieła pełne wrażliwości i ciepła. Przypomnijcie sobie filmy Morgensterna, Hasa, wczesne etiudy Polańskiego etc. - zrozumiecie o co mi chodzi.



Teatrzyk Bim-Bom to grupa złożona ze studentów Politechniki Gdańskiej, Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych i Akademii Muzycznej. Powstał w 1955 roku. Działali w nim m.in. Zbigniew Cybulski, Bogumił Kobiela, Jacek Fedorowicz, Włodzimierz Bielicki, Tadeusz Chyła.

Już od pierwszej premiery stał się słynny, był rewelacją. Gdyby zebrać wszystkie wycinki prasowe, zarówno z prasy polskiej, jak i zagranicznej, omawiające działalność Bim-Bomu, zebrałoby się kilka tomów. Co zadecydowało o tak ogromnej popularności tego, początkowo skromnego i prostego, teatrzyku studenckiego? Być może stało się tak dlatego, że w czasach cenzury ograniczającej w dużym stopniu swobodę wypowiedzi, Bim-Bom potrafił uczynić z milczenia narzędzie efektywnej komunikacji i bardzo skuteczną broń. To, o czym wolno było mówić, przedstawiano w sposób wieloznaczny i metaforyczny, natomiast to, co nie było dozwolone, wręcz przeciwnie: wyrażano aluzją, skrótem, milczeniem w sposób tak jednoznaczny i czytelny, że przesłanie to było doskonale rozumiane na całym świecie. Bim-Bom był teatrem wysoce autorskim, nie do podrobienia.


Cechował się własną, specyficzną poetyką i niepowtarzalnym stylem. Wszystkie jego programy, to w gruncie rzeczy stosunkowo proste składanki: skecze, piosenki, scenki pantomimiczne połączone ze sobą luźną, choć istotną i zawsze wyraźną ideą przewodnią, tworzące jednak wyjątkową całość. Bimbomowcy głosili, że w każdym człowieku jest coś z koguta - uosobienie pychy, biurokracji i zła - i z kataryniarza, który na swoim sercu-katarynie wygrywa najpiękniejsze melodie. Oni chcieli być kataryniarzami.


Do widzenia, do jutra (Good Bye, Till Tomorrow, 1960) reż. J.Morgenstern

Oto co o Teatrze Bim-Bom w felietonie "Bohaterowie są znużeni" pisze Marek Hłasko:

"Bim-Bom" nie jest teatrem wielkiej mądrości, a przed filozofią jego nie należy klękać jak przed wschodzącym słońcem - boję się, że efektowne baloniki i mydlane bańki puszczane przez uroczą dziewczynkę w istocie przykrywają pustkę. Trudno orzec - i dziwić się należy bezkrytycznym ocenom naszych recenzentów - czy "Bim-Bom" jest teatrem par excellence nowoczesnym, bo teatru nowoczesnego Polska nie widziała od dawien dawna - jest to więc gadanie ślepego o tęczy. "Bim-Bom" - to przede wszystkim zespół młodych świetnych ludzi, którym należy jak najprędzej i jak najkonkretniej pomóc w znalezieniu klucza do rozumienia dzisiejszego życia. Bohaterami ich spektaklu są: smutek, rozgoryczenie, niewiara i przygnębienie.



To nie był teatr satyryków. To był teatrzyk przegranych złudzeń, nadziei i pragnień. Nie była to szczedrynowska satyra - ostra, bezwzględna i brutalna, sięgająca do samych korzeni społecznego zła. To był tylko - rozmieniony na efektowne, mydlane bańki - smutek. Smutek, owo uczucie, któremu oddawać się można z niejaką nawet przyjemnością pijąc wódkę w dorożkarskiej knajpie lub patrząc z ciepłego pokoju przez okno na świat smagany jesiennym deszczem; smutek, owo uczucie, którego doznaje mężczyzna na widok przechodzącej, ładnej kobiety; owo uczucie, które jest raz mniej, a raz bardziej dręczące, lecz idąc po którego szlakach trafić można tylko na ciemną rzekę zwątpienia, aby tam do reszty pogrzebać swoje nadzieje i pragnienie walki. Walczyć nim jednak nie można o żadną sprawę. Walczy się pragnieniami, miłością lub nienawiścią - tym wszystkim właśnie, czego nie potrafili czy też nie chcieli pokazać w swoim teatrze studenci z Gdańska. Vive la tristesse!

Zadziwiającą rzeczą jest nasze najmłodsze pokolenie - owi ludzie, którzy dobiegają pierwszej dwudziestki swego życia lub zaledwie ją przekroczyli. Zadziwiającą rzeczą jest znikomy hart tego pokolenia. Wypisano już tysiące kart na temat ich cynizmu, okrucieństwa, demoralizacji, rozwydrzenia i moralnej nędzy. W rzeczy samej sprawa wygląda inaczej. Oni są zmęczeni; dwudziestoletni bohaterowie socjalizmu, którzy wojnę znają z opowiadań, kiepskich filmów i książek, głód - z relacji ludzi, którym nigdy się nie wierzy; dla których takie słowa jak "strajk", "więzienie" są tylko nic nieznaczącymi pojęciami; pokolenie wychuchane i wydmuchane w inkubatorach rewolucji; pokolenia, które w istocie miało wszystko począwszy od stypendiów, a skończywszy na dziwkach i knajpach; pokolenie, w które władowano miliardy złotych; pokolenie o bezgranicznych wprost przywilejach - choć w to nigdy nie uwierzą - jest zmęczone, przeżywa kolosalny katzenjammer.



Wystarczyło kilka przykrych, bolesnych prawd, które odsłoniła historia; wystarczyło kilka lat trudów, które są jednak kaszką z mleczkiem w porównaniu z tym, co mieli ludzie radzieccy podczas pierwszych pięciolatek; wystarczyło kilka klęsk, wystarczyło, aby słusznie rozwalono mit Wielkiego Nauczyciela, a pokolenie upadło bez sił na mordę. Pokolenie jest skacowane i zmęczone; pokolenie czuje się oszukane przez rewolucję. Pije, rozrabia na ponuro; młodociani poeci piszą o bezsensie życia; osiemnastoletnie oddają się kilku mężczyznom na raz, gdyż nie wierzą w miłość; malutki, nie dający się nawet w połowie realizować cynizm - naiwna forma obrony przed życiem - na co dzień; smutek od święta i co dalej? - Ja mam czoło pochylone - pisze w liście otwartym do "Nowej Kultury" osiemnastoletni student II roku Politechniki Warszawskiej. - Za moich starszych kolegów, za partię całą, Za tych wszystkich, którzy węszyli, oglądali się, za tych wszystkich, którzy oszukiwali i za tych, którzy dali się oszukać. Za tych, co świadomie, czy też nieświadomie pomagali złu, Mam czoło pochylone za was, drobnomieszczanie na ministerialnych stanowiskach, za was, dobrze odżywieni literaci, za was bezkonfliktowi pisarze, Wstydzę się za was wszystkich, a przede wszystkim za siebie, za swoją głupotę i łatwowierność, Ja nie potrafię już podnieść czoła, a jeśli je kiedyś podniosę", Zresztą to niemożliwe, bo nie mam żadnych podstaw, aby wierzyć czemukolwiek, Idee, gdy nie można wierzyć ludziom, stają się niczym: (",) My 18-i 20-latki, choć wzrastamy w nowych warunkach, nie jesteśmy szczęśliwi, bolesne jest bowiem zrozumieć, że to nowe tak bardzo jest stare, tak bardzo do naszego wymarzonego niepodobne, Bolesne jest tracić wszystko, w co się wierzyło", Vive la tristesse! (...)"

(opracowano m.in na podstawie Lucjana Bokińca oraz z materiałów i fotografii z książki J. Afanasiewa "Sezon kolorowych chmur" 1968)


Krzysztof Komeda 1967

In 1954 and 1955, many newly born experimental stages launched another wave of attacks against the rigid doctribe. These experimental groups were called "students theaters", but in fact they were collectives of young actors, poets, composers, and directors, as well as university and drama school students. In many academic centers, these young artists created small companies and put on shows composed of skits, vignettes, songs, and declamations of poetry, full of political satire, poetical mood, symbolic means of expression, and experimental flair. The audiences, hungry for such treats, were electrified. The first of tehes companies was Studencki Teatr Satyryków (STS or Students' satirical Theater) in warsaw (opened in March 1954); the second was Teatr Bim-Bom in Gdańsk (November 1954). The former focused on sharp political satire and grotesque means of expression, while the latter sought poetry and symbolism. The STS company icluded the talented director Jerzy Markuszewski (born in 1930), and playwrights Jarosław Abromow-Newerly and Andrzej Jarecki. Bim-Bom was led by two young professional actors and future movie stars Zbigniew Cybulski and Bogumił Kobiela. Young theaters in Cracow, Poznań, Łódź, and other cities followed suit. They were all sponsored by the Communist young organization or by different students' associations, which faciliated their negotiations with the censors. They claimed that they were not undermining socialism but only seeking to improve it. (Kazimierz Braun)


Kobiela na plaży - Narciarz reż. A.Kondratiuk


New York Gong - About Time (1980)




„To co ta nazwa oznacza dla Ciebie, jest wielce prawdopodobne, że dla kogoś innego znaczy zupełnie co innego” --- Daevid Allen

Daevid Allen to kultowa postać praktycznie w każdym środowisku muzycznym. Urodził się w 1938 roku w Melbourne w Australii. We Francji poznał Terry Rileya i Williama Burroughsa i założył kilka zespołów m.in. The Daevid Allen Trio. W 1960 r. przyjechał do Anglii i zamieszkał u rodziny Wyattów, gdzie poznał Roberta Wyatta. Natychmiast się zakumplowali i w końcu doszło do powstania bardzo ważnej grupy utożsamianej z tzw. sceną Canterbury - The Soft Machine. W zespole z Allenem i Wayattem grali nie mniej znakomici muzycy: Mike Ratledge oraz Kevin Ayers. Nazwę muzycy zaczerpnęli z tytułu powieści erscentrycznego, poszukującego pisarza Williama Borroughs'a. Już od samego początku grupa znalazła się w głównym nurcie awangardy opartej o kontestację i kontrkulturę, a obracała się w uniwersyteckich środowiskach intelektualnych. Była ona niezaprzeczalnie pierwszą grupą próbującą bardzo odważnie połączyć muzykę rockową z jazz'em.


Po jednym z koncertów w St. Tropez Allenowi odmówiono wjazdu do Anglii. Postanowił więc wrócić do Francji, gdzie jakiś czas potem razem z Gilli Smith i Didierem Malherbe założył formację Gong. Już na pierwszej płycie - Magick Brother Mystic Sister - pojawiają sie pierwsze odjazdy, które swoje apogeum osiągają na drugim krążku - Camembert Electrique. Jazz-rockowa sekcja, brudna "atonalna" gitara, jakieś popierdolone wyliczanki, wycia wiedźm i absurdalne, surrealistyczne teksty. Do tego piękne dęciaki. Album jest tylko wstępem do trylogii Radio Gnome Invisible - "wiedźmiej" Flying Teapot, krańcowo posranej i piosenkowej Angel's Egg i transowej, zakwaszonej You. Pomijając cały zakręcony blichtr - muzyka Gong - należy do najważniejszych grup w historii rocka i należy do kanonu jazzu, rocka, psychodelii i awangardy. Podzas jednej z tras na jednym z koncertów Allen odmawia wyjścia na scenę i odchodzi z zespołu, podobnie zresztą jak jego Gilli Smyth, która chciała poświęcić więcej czasu dzieciom. Pozostali muzycy kontynuowali działalność m.in. pod nazwą Pierre Moerlen's Gong zdecydowanie oscylującą w kierunku jazz rocka.

W tym czasie Allen i Smyth grają w Planet Gong, którego częścią jest zespół Here & Now. W pewnym momencie Smyth zakłada oddzielną grupę Mother Gong.


Przy okazji powstaje olbrzymia ilość projektów muzycznych, w których bierze udział Allen. Ogarnięcie tego wszystkiego to nie lada problem i praktycznie każdy wart jest poznania.

W 1992 Allen powraca do zespołu i Gong nagrywa czwartą część Radio Gnome - Shapeshifter. W 2000 roku ukazuje się piąta część serii Zero to Infinity. W nagraniu tego albumu bierze udział również Smyth. W 2004 roku skład zespołu ulega drastycznej zmianie. Do nowego składu zespołu, który czasami nazywany jest Acid Mothers Gong, dołącza również syn Allena i Smyth - Orlando.

Skład zespołu sprzed roku 1975 kilkakrotnie zaczynał ponowną współpracę. Jednak kiedy doszli do wniosku, że koncertowanie nie przynosi zysków, postanowili, że będą się spotykać co roku w listopadzie. Pierwsze spotkanie Gong Family Unconvention (Uncon) miało miejsce w 2004 roku w Glastonbury Assembly i trwało jeden dzień. Rok później Uncon trwało dwa dni i zespołowi towarzyszyły powiązane z nim grupy takiej jak Here & Now czy System 7. W trakcie ostatniego z tych spotkań, które miało miejsce w Amsterdamie i trwało od 3 do 5 listopada 2006 roku zagrały praktycznie wszystkie zespoły związane z Gongiem.

Daevid Allen obecnie mieszka w Byron Bay w Australii.



New York Gong to nazwa nadana grupie, w której podczas pobytu w Nowym Jorku w 1979r. gral Allen, pod kierunkiem swego dlugoletniego współpracownika i mentora Giorgio Gomelsky'ego - kolejnego giganta w przemyśle rozrywkowym. Zamieszczone na płycie nagrania wyprodukował właśnie Gomelsky, a w nagraniach wział udział m. in. Bill Laswell oraz kilku innych doskonałych muzyków z powstajacej w Nowym Jorku sceny new wave.

Bill Laswell - bass
Bill Bacon - drums
Fred Maher - drums
Cliff Cultreri - guitar
Gary Windo - tenor saxophone
Michael Beinhorn - synthesizer
Don Davis - alto saxophone
Mark Kramer - organ
Daevid Allen - glissando guitar & vocals

Gong gone punk. About Time documents Daevid Allen's 1979 New York trip to partake of the then-happenin' CBGB's scene. The new sound is an odd hybrid of psychedelia ("Preface"), new wave ("I Am a Freud") and punk ("Much Too Old"), with a lyrical sentiment reminiscent of early-'70s Gong ("Jungle Window"). The CD opens with an effects-laden recording of Allen reciting his "trippy" poetry. Some of the compositions, like "I Am a Freud," bleed quirky rhythms and melodies resembling the work of the League of Gentlemen and Talking Heads. "Materialism" and "Strong Woman" feature Allen's glissando guitar, which seems a forerunner to the sound Fripp and Belew employed on their early-'80s King Crimson projects. "Materialism," penned by Laswell, is a standout with its dominating bass driving home the groove. Another highlight is "Jungle Window," the most Gong-like piece in the set, featuring Gary Windo's jagged sax and Laswell's popping bass. About Time is a solid CD which pleasantly expands Allen's repertoire. ~ David Ross Smith, All Music Guide

link in comments

19.3.08

Pesniary (1971)



Białoruś kojarzy się nam ostatnio przede wszystkim z reżimem Łukaszenki i to jest zrozumiałe, ale też miejsce gdzie pod koniec lat 60-tych powstał bardzo ciekawy zespół Piesniary (Pesniary). Jest to jedna z najważniejszych grup - no powiedzmy - w pewien sposób rockowych, ale przede wszystkim folkowych. Łączyła ona i sprytnie przemycała w swojej muzyce elementy muzyki progresywnej i aż trudno w to uwierzyć - psychedelicznej. Na szczególną uwagę zasługują piękne harmonie wokalne. Myślę, że czas więc pozbawić się atawizmów i zapoznać się z tą ciekawą propozycją.


Rushniky (1971)

The group was created in Belarus (Byelorussia, the USSR) in 1967/68 as Liavony ("The Jesters") by the folk enthusiast Vladimir Muliavin (1941-2003), who became band's constant leader. In 1969 it was renamed to Pesniary ("The Folk Tales Narrators/Singers").

The main specialization of the group was folk songs' adaptation on modern rock instruments (and also violins, flutes, sax, folk whistles, lyre) with heavy accent on vocal harmonies. Their musical approach (not the sound, though) was somehow congenial with that of Steeleye Span. In the very beginning Pesniary were inspired by The Beatles; they (then Liavony) even performed "Yesterday" and "Ob-La-Di, Ob-La-Da" with Russian lyrics. But in general, Pesniary don't sound like any of the mentioned bands. They were certainly pioneers of such music in the Soviet Union. The demanding selection by Muliavin resulted in an unusual amalgam of multi-instrumentalists with incredible voices, a unique band in the USSR (and in the world too) at those times.



The peak of the band's popularity, albums were sold in millions of copies (don't think they became millionaires, the one and only record label in the USSR, "Melodiya", paid only symbolic money to artists; on the other hand, artists didn't pay for studio time, promotion, etc). The band often appeared on TV and radio and constantly toured. Pesniary played 2 - 4 concerts almost every day, but it was hard to buy tickets, they were sold out very fast.

Byelorussian folk songs (arranged by Muliavin) were the base of the band's repertoire. But there were also songs by Vladimir Muliavin (with lyrics of good Byelorussian poets) and songs of Soviet (Russian and Byelorussian) composers, arranged by the band. Arrangements are very important, because everything Pesniary performed was made in their unique way. It isn't a mistake to call the band co-authors of songs written by other composers. It is the period when the band was in constant progress.


Oy rana na Ivana

In 1976 Pesniary were the first Soviet rock band toured in the USA. In the middle of the 70s Vladimir Muliavin decided that it's time for concept works. Two big suites were created:
  • "Pesn o dole" ("The Song of Fate"), 1976-1977, music by Vladimir Muliavin, lyrics by great Byelorussian poet Yanka Kupala. Unfortunately it was never recorded in studio, only some live recordings exist and still wait for their time to be published.
  • "Gusliar", 1979, - a poem-legend to the Yanka Kupala's poem "Barrow", music by Byelorussian composer Igor Luchenok. "Gusliar" has been recorded on LP, in 2000 the label "Boheme Music" released it on CD.
The line-up was extended up to 15 musicians for these programmes. The following musicians were the core of the band in the 70s:

Vladimir Muliavin - leader, vocals, guitars
Leonid Bortkevich - vocals, lyre
Anatoliy Kasheparov - vocals, bayan
Vladislav Misevich - sax, flute, whistles, vocals
Valeriy Dayneko - violin, vocals
Leonid Tyshko - bass, backing vocals
Aleksander Demeshko - drums, vocals
Vladimir Nikolaev - keyboards, backing vocal, trombone, sax
Cheslav Poplavskiy - violin, vocal
Anatoliy Gilevich - piano, keyboards, backing vocal
Vladimir Tkachenko - guitar, violin, backing vocals

They usually considered as band's golden line-up.



In 1980 one of lead singers with unique timbre, Leonid Bortkevich, left the band. It was the first dramatic line-up change, because he sung many band's hits. The replacement, in the face of Igor Penya, was found, but the band lost part of their fans. In this period the band created several songs-oriented programmes. All of them contain great songs, incredible vocal harmonies are still there. With Muliavin as a leader the band always had its instantly recognizable sound.

Such gifted musicians as Igor Palivoda, Boris Bernstein, Oleg Molchan, Oleg Kozlovich (Averin) paid, in different years, their contribution in the band's repertoire as arrangers and composers.
But the popularity decreased, many times there were line-up changes (more than 40 (!) musicians came through Pesniary from 1969 to 2003)

In 1999 Vladimir Muliavin invited Leonid Bortkevich, who lived in the USA since 1991, to join the band and take part in band's 30th anniversary concerts. Bortkevich left USA and stays with the band till now.

On 14th of May 2002 after terrible auto-crash incident Vladimir Muliavin was hospitalized. Doctors made their best during several months, Muliavin often contacted with the band and hoped to return to the stage, but on 26th of January 2003 he has died. Leonid Bortkevich is now the leader of the band, being blessed by Vladimir Muliavin to continue the work of his life. (progarchives)

link in comments

18.3.08

Welcome to the Beijing 2008





Szczególny przypadek prawa własności



Maciej Gachewicz
Tekst został opublikowany w 6 numerze pisma Rewolta

Ona jest moja i nic ci do tego. Trzymaj się od niej z daleka. Ja kocham tylko ją, ona kocha tylko mnie. Jestem dla niej wszystkim. Wszystkie jej przyjemności, wszystkie myśli, wszystkie uczucia i pragnienia to ja lub ze mną. Zaspokajam jej wszystkie potrzeby. Jestem bogiem dla niej, a ona dla mnie. Tak czy nie? Nigdy. Nigdy nie będziesz do końca jej, ani ona nie będzie dla ciebie twoja. Ten wspaniały wszechświat niezniszczalnej wolności. Wszelkie próby dotarcia do jej końca kończą się klęską (im bliżej wydaje ci się, że jesteś jego skraju tym dalej od niego w rzeczywistości jesteś)

niepotrzebnymi cierpieniami:
  • zazdrością - nienawiścią, konkurencją, samotnością wśród innych obcych, "niekochanych" - bo nie można przecież kochać jednocześnie,
  • rozczarowaniem - wobec nieskończoności pragnień stajesz bezradny, twoje pretensje zaspokojenia jej pragnień są w najlepszym przypadku śmieszne i żałosne, a w najgorszym prowadzą do faszyzmu miłości, szantażu monogamii,
  • bolesną "kategoria" piękna - ty jesteś "piękna jak z obrazka" (albo lepiej - jak z ekranu), ciebie pokocham, ciebie kocham od pierwszego wejrzenia, ciebie kocham "pięknem", ciebie kocham konkurencją, "sobą" - bądź moim marzeniem - cała reszta "brzydkich" - twoje "piękno" w bagnie ich zazdrości nadaje sens mojemu życiu.
wyimaginowanymi wyrzeczeniami:

tak jak monogamia jest karkołomną strukturą ideowej ofiary z siebie, rytualnym wyrzeczeniem się życia, kolejną (nie uświadamianą) rozpaczliwą rezygnacją z totalności, różnorodności w ruchu na styku energii i czasu, myślenia i uczuć, śmiertelną klęską radości życia.



Kocham ją, ofiarowałem się jej, a ona mnie, nie mogę przecież teraz kochać kogoś innego - to nie w porządku, to kłamstwo. Ale co jest większym kłamstwem? Czy to, że ona nie wie o tym, że jest tą jedyną, czy to, że kłamiesz przed sobą, zabijasz swoje uczucia do innych, swoje pragnienia, zachowujesz obojętną twarz, "zakładasz kolejną maskę" - kłamiesz, grasz, ukrywasz, jesteś samotny.

A jeżeli masz mimo wszystko pretensje do realizacji swojego absurdalnego prawa własności, to albo:
  • wasze życie staje się, poprzez obustronny kompromis wyrzeczenia się siebie, zrytualizowanym spektaklem, automatyzmem pozorów.
  • albo będziesz żył w lęku i niepewności - czy ona kocha cię naprawdę? Czy kocha do końca? Ktoś inny może przecież okazać jej się bliższy. Może przecież zniknąć nagle z twojego życia. Musisz się starać, walczyć o nią, zdobywać ją, konkurować, być lepszy... lepszy? według czego? lepszy według kolejnej wyimaginowanej hierarchii - lepszy w hierarchii - coraz dalszy od siebie samego, a tym samym coraz dalszy od niej, coraz bardziej wbrew intencją - samotny, coraz dalszy od miłości, coraz bliższy zwykłej transakcji rynkowej coraz bliższy utopienia samotności w uprzedmiotowieniu, śmierci za życia w "miłości".



Musisz opleść ją szczelnie siecią miłości własnej (swojej miłości do samego siebie usilnie jej narzucanej - świadomie czy nieświadomie, aktywnie, czy biernie), miłości wyłącznej (miłości do jej miłości do ciebie). Bo ideałów nie ma, nawet w bajkach. Zawsze są lepsi i gorsi od ciebie.

A ty oprócz tego, że istniejesz musisz coś jeszcze. Bo warunkiem miłości monogamicznej jest właśnie to coś więcej (piękno, talent, oryginalność, zazdrość, własność) cokolwiek, co w jakiś sposób pozwoli osłodzić ofiarę. Czy miłość jest nagrodą za wierność, czy może wierność jest nagrodą za miłość? Miłość ograniczona sama sobie nie wystarcza. W świecie jaki nas otacza miłość monogamiczna jest skazana na klęskę. A nawet gorzej, jest jedną z najbardziej trwałych podstaw tego całego gówna. Ci, którzy kwestionują wiarę, uznają dogmat miłości monogamicznej za niepodważalny. Dlaczego by w jej imieniu nie robić wypraw krzyżowych na małą skalę, albo przynajmniej nie dać w mordę konkurentom do jej "ręki". Nie dość, że miłość monogamiczna daje iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa, pewności, stałości, ugruntowania, próbuje zatrzymać coś co nie daje się uchwycić, zatrzymać, przewidzieć, to jednocześnie stanowi niepowtarzalny fundament kolejnych nikomu nie potrzebnych, bolesnych wyrzeczeń - bo jeśli można się ograniczyć tutaj, jeśli można ograniczyć nawet miłość, jeżeli pozwalamy nawet na to, to inne ograniczenia, inne wartości, inne zasady są naprawdę niczym w porównaniu z miłością - po co z nimi walczyć, dlaczego czemukolwiek i komukolwiek się sprzeciwiać? Miłość nie wystarcza miłości. Dzisiaj miłość sama w sobie nie wystarcza, bo jest ograniczona, wytłumiona, spętana. Dlatego też samo życie nie wystarcza już życiu. Żeby żyć trzeba mieć sens - państwo, naród, Boga, Chrystusa, rodzinę, dziewczynę, dziecko...



Żeby ją zdobyć w konkurencji musisz ją więc w perfidny sposób uzależnić od siebie, pozbawić osobowości, zapłodnić - samym sobą - obcym, którego celem jest jej wewnętrzna sterylizacja i wykorzystanie jako inkubatora do ekspansji obcej (także tobie) osobowości, pogłębiania mistyfikacji wegetacji. Zawsze tak jest - albo któraś ze stron dominuje, albo dochodzi do jeszcze jednego kompromisu w kompromisie współczesnego życia, cichej desperacji zjadających od środka obustronnie niezaspokojonych, wypartych pragnień.

Dostajesz od niej poczucie bezpieczeństwa, masz się na kim oprzeć w obcym świecie (obcym także właśnie przez "miłość"), masz z kim walczyć z "naturalną" samotnością, masz z kim uciec od przerażającej niestałości, różnorodności, przypadkowości życia - pogrążając się w jeszcze boleśniejszej samotności kłamstwa we dwoje, pewności negatywnego prawa własności, wreszcie nienawiści w więzieniu roszczeń posiadania, w piekle kontraktu na miłość.

Masz też wreszcie komu imponować i przed kim grać. Dostajesz wreszcie upragnioną główną rolę w spektaklu życia. Stajesz w świetle jupiterów przed zachwyconą, "rozkochaną", "kupioną" publicznością. Ale niech tylko ona spotka się, prześpi z innym - to koniec. Twoja wyłączność, twoje prawo własności do niej, twoja doskonałość, wyjątkowość zostały podważone i to przez kogo, przez kogoś kto rzekomo ciebie kochał. Tego nie można wybaczyć. Twoja duma, miłość własna, twoja męskość, zostały wystawione na pośmiewisko - superman, którego porzuciła jego własna dziewczyna - żałosne. Okazało się po prostu, że jak podejrzewałeś od początku, jest kurwą, głupią pizdą i niczym więcej.



Co gorsza "miłość" jest często jedynym środkiem do osiągnięcia "normalności". Tak po prostu się robi i powinno się robić. Kobieta i mężczyzna łączą się ze sobą i rozkładają rozpacz na dwoje. Faktycznie tylko potęgując rozpacz, bo miłość ograniczona w świecie potencjalnej wolności, nieograniczoności, zmienności, różnorodności, pozytywnego prawa własności (wszyscy są właścicielami wszystkiego) jest kaleka, szybko się kończy, jeżeli w ogóle jest możliwa.

Masz więc swoją dziewczynę, możesz pokazywać wszędzie: jestem normalny, jestem taki sam szary jak wy wszyscy, pozbyłem się samotności, znalazłem sens w życiu. Masz dziecko, masz żonę. Masz obowiązki, musisz pracować. Nie masz czasu na "głupoty", możesz już zapracować na niepokój. Pustka, bezsens, obcość znajdują wreszcie ujście w rodzinie. A jeżeli nawet nie, to nic więcej nie można zrobić, nic innego się nie wymyśli, ludzie żyją tak od tysięcy lat. Trzeba ze spokojem i pokorą poddać się temu co Pan dla nas obmyślił.



Czy miłość to gra, zazdrość, konkurencja i własność? Czy miłość to kanibalizm? Dlaczego miłość jest boleśnie, sztucznie ograniczona do jednego centrum, do jednej osoby, do jednej rodziny? Dlaczego miłość do ludzi "spoza", do "obcych" jest niewyobrażalna? Dlaczego miłość może być ograniczona?

Bez względu na to co będziesz robił czeka cię wygnanie. Czy się dostosujesz do obowiązującej monogamii (wygnanie z samego siebie), czy nie (ostracyzm społeczny). Rób co chcesz, co mówią ci twoje pragnienia. Ekshibicjonizm pragnień jest fundamentem rewolucji, jest jedyną drogą do życia marzeń, do urzeczywistnienia z dnia na dzień nowej utopii.

Napisałem to z pozycji faceta, bo nim jestem, ale wydaje mi się, że mogłaby to napisać również kobieta. Jest tylko jedna różnica, jeszcze jedno bolesne ograniczenie, na którym wspiera się monogamia i nienawiść. Kiedy facet kocha się z wieloma kobietami staje się bardziej atrakcyjny, mówi się, że jest szczęściarzem i wzbudza zazdrość mężczyzn, namiętność kobiet. Kobieta, która sypia z wieloma mężczyznami jest po prostu kurwą - i znowu chodzi tu przede wszystkim o naruszony prestiż zdradzonego mężczyzny, a nie o nią samą. Nie uświadamiany faszyzm tworzy kanwę naszego życia. Tolerancja to z trudem ukrywana nienawiść. (...)

17.3.08

Bóm Wakacje W Rzymie (1986)



Bóm Wakacje w Rzymie - zespół powstał w Trójmieście w 1984. W 1985 wystąpił na festiwalu "Róbrege" co zostało udokumentowane na kasecie pochodzącej z festiwalu. W 1986 nagrał singla dla Tonpressu. Zakończył działalność ok. 1988 roku. Zespół jest zaliczany do kręgu Gdańskiej Sceny Alternatywnej.

"Kapela ta zwraca dużą uwagę na tworzony wokół siebie klimat. Chodzi o image i związaną z nim sceniczną prezentację, ubiór, fotografię, ale nie tylko. Jako przykład przytoczę wywiad jaki Bómy zrobiły z Bómami:

- Skąd nazwa Bóm Wakacje w Rzymie?
- Zachowaliśmy wiele obrazów z Japonii. Opisywano nam jedynie rzeczy, my zaś wyobrażaliśmy je sobie. Są to obrazy osobiste, na pewno nieprawdziwe. Dla nas równie realne jak te, które znamy, choćby piramidy Chin-Chen-Iza, I podobnie jest z naszą muzyką.

- Skąd się wzięła wasza muzyka i jak ją można określić?
Opowieść o "bóm" zaczęła się chyba w tym portowym mieście środkowego wybrzeża. Posłuchaj czasami syren odpływających statków. Tam powstała nasza muzyka. Ale "bóm" to może być również smak czekoladowego cukierka i butelka z sokiem cytrynowym. Określeń jest na pewno wiele. Jedno z nich to przymiotnik "bóm".

- Proszę o krótką historię zespołu.
Powstaliśmy parę lat temu. Graliśmy w różnych miejscach i sytuacjach. Poznaliśmy wielu ludzi, którzy wpłynęli na to, że "bóm" jeszcze wybucha. Nieciekawy jest ten życiorys, tak jak nieciekawe są życiorysy zalegające setkami w złowieszczych urzędach różnorodnych organizacji.

- Jaką muzykę uważacie za "najwspanialszą"?
Dobra muzyka jest łatwa do rozpoznania. Bo to, co opisuje jest bliższe prawdy, niż gdyny miao się to dziać w rzeczywistości. Gdy się ona kończy powstaje uczucie, że wszystko to przydarzyło się tobie i jest już twoje. Dobro i zło, zachwyt i ból, ludzie i okolica i nawet pogoda.

Szkoda, że nasi decydenci nie mogli przeczytać tego wywiadu. Nie mogąc zrozumieć o co chodzi w nazwie zespołu postanowili, że singiel z piosenkami "Pierwszy" i "Dziewiąty" będzie podpisany jedynie Wakacje w Rzymie! "Jak się pojawił singiel Dezertera to my rzeczywiście się cieszyliśmy. Uwierzylismy, że istnieje szansa. A teraz ten nasz krążek jest kopem dla naszych kumpli". Członkowie Bóm Wakacje w Rzymie przyznają, że wielki wpływ na ich twórczość ma kino. Ich muzyka jest nawiązaniem do stylistyki filmowej lat piećdziesiątych i sześćdziesiątych, w szczególności francuskiej nowej fali. Niestety wciąż ich największym utrapieniem jest brak stałego składu. Non Stop Nr 5(164)/1986"

Maciej Wanat - drums (równolegle w Aptece)
Budgie - bass
Anna Miadowicz - keyboards(później w Oczi Cziorne)
Jowita Cieślikiewicz - flute (później w Oczi Cziorne)
Katarzyna Przyjazna - vocals (później w Oczi Cziorne)

Bóm Wakacje w Rzymie was the very interesting band of underground independent scene in Poland in 80's. They released only one single (in comments) for Tonpress and few tracks on half -official tapes.

link in comments

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...