29.9.09

BT - Music From and Inspired by the Film Monster (2003)



Filmów o seryjnych mordercach powstało wiele i niezmiennie budzą one ogromne zainteresowanie widzów. "Monster" oparty na prawdziwej historii Aileen Wuornos, prostytutki skazanej na śmierć i straconej za zabicie sześciu mężczyzn, nie jest jedynie jedną z wielu tego rodzaju historii.

Film debiutantki, Patty Jenkins nie ma na celu relacjonowania poszczególnych morderstw. Reżyser postanowiła skupić się raczej na okolicznościach, które spowodowały serię tragicznych wydarzeń, jednocześnie eksponując wątek miłosny i relacje łączące Aileen z młodziutką lesbijką, Selby.

Filmowa Aileen to postać wielowymiarowa, niejednoznaczna i bardzo przekonywująca, głównie za sprawą wspaniałej kreacji Charlize Theron, której udało się stworzyć w tym filmie jedną z najlepszych kobiecych ról w ostatnich latach. I nie mam tu na myśli jedynie metamorfozy jaką przeszła dla potrzeb filmu. Bohaterkę poznajemy gdy po nieudanym samobójstwie, upija się w barze, gdzie spotyka Selby (Christina Ricci), którą rodzice umieścili u ciotki, przekonani, że z dala od domu wyzwoli się ze swoich lesbijskich skłonności. Dwie nieprzystosowane i nieakceptowane przez otoczenie istoty zaczyna łączyć specyficzna więź. Nie bacząc na przeciwności losu (a jest ich całe mnóstwo) postanawiają uciec i razem rozpocząć nowe życie.

"Monster" to przede wszystkim wspaniały portret psychologiczny kobiety zepchniętej na margines społeczeństwa, której życie przypomina niekończące się pasmo udręk. Zgwałcona po raz pierwszy jako ośmiolatka, uprawiająca prostytucję od trzynastego roku życia Aileen uparcie poszukuje prawdziwego uczucia. Miłość do Selby to jedyna dobra rzecz jaka ją spotyka, choć ich wspólna podróż szybko zamienia się w ciągłe uciekanie. Pierwszego morderstwa Aileen dokonuje w obronie własnej, potem zabija dla pieniędzy, żeby zdobyć samochód lub wyeliminować świadka, a jej ofiarami padają również niczemu niewinni mężczyźni. W ten sposób próbuje zemścić się za upokorzenia, których doświadczyła.

Patty Jenkins zachowała obiektywizm w prezentowaniu postaci prostytutki. Starając sie pokazać przyczyny postępowania Aileen nie próbuje jej usprawiedliwiać ani wybielać. To sprawia, że widzimy przede wszystkim człowieka, a nie morderczynię. Próbujemy zrozumieć potwora.

"Monster" to dobrze wyreżyserowany, poruszający dramat społeczny, w którym otaczająca bohaterkę przerażająca rzeczywistość jawi się nam jako samonapędzająca się machina, z której trybów niełatwo się wyzwolić. Prawdziwe monstrum to świat, w którym, jak się okazuje, nie dla wszystkich przeznaczone zostało miejsce. Zbrodnie Aileen są odpowiedzią na przepełniające go zło i okrucieństwo, choć nie oznacza to, że sprawiedliwą i słuszną. (Agnieszka Majewska, Filmweb )



Wielu ludzi kojarzy Briana Transeau tylko po dwóch wokalnych epizodach w utworach Tiesto („Love Comes Again” i „Break My Fall”). Jednak wkład tego człowieka w rozwój muzyki elektronicznej jest o wiele większy. Oto artykuł, który ma za zadanie przybliżyć Wam nieco bardziej sylwetkę BT – przez wielu zapomnianego „księcia Trancu”, wokalisty, multiinstrumentalisty, wybitnego producenta i kompozytora.

Muzyka jest przede wszystkim formą komunikacji międzyludzkiej, wpływ emocji jest bardzo ważny.

Ta sentencja wydaje się przyświecać muzyce Briana od początku jego miłości do muzyki. Ów początek nastąpił, kiedy to Brian Transeau w wieku czterech lat zaczął uczyć się gry na pianinie metodą Suzuki (nazwa bynajmniej nie wzięła się od marki samochodu, tylko od nazwiska doktora Sinichiego Suzuki). Metoda ta zakłada, że każde dziecko rodzi się z możliwościami poznawczymi i to właśnie na nich bazuje ten sposób nauki. Jako że jego dłonie były zbyt małe do grania na pięknym, XIX wiecznym pianinie marki Steinway, państwo Transeau zakupili swojemu synowi mały keyboard, na którym to ich pociecha starała się reprodukować popowe hity.

W wieku siedmiu lat BT był już uczniem Waszyngtońskiego konwersatorium, które nauczyło go pisania padów, rozpisywania partii na orkiestrę i harmonii, na długo przed tym, zanim nauczył się grać na gitarze czy bębnach (w czasach szkoły średniej Brian grywał w różnych kapelach rockowych, punkowych, czy nawet ska). Niebywały talent młodego zapaleńca doceniło jury konkursu talentów zorganizowanych w szkole w rodzinnym Rockville. Piętnastoletni wówczas Brian postanowił wydobyć całą masę elektronicznego sprzętu z szafy i z pomocą komputera o niebywałej pamięci 32 kilobajtów zaprezentować kilka swoich autorskich kompozycji. Po zwycięstwie młody Transeau pomyślał, że obstawianie się keybordami, komputerami i innym sprzętem to może być coś ...

Nadszedł piękny okres College’u, który dla Briana był jednocześnie okresem pełnym przeciwieństw, które mogło by się wydawać niezbyt mu przeszkadzały. Boston, Berklee College of Music – to nowe miejsce kształcenia BT. Kierunek jaki obrał, to Jazz, ale zainteresowanie młodego muzyka poszło w stronę nowej fali house’u. Brian zaczął eksperymentować z brzmieniami na keyboardzie.

Podczas gdy studenci zafascynowani jazzem ćwiczyli, skupiając się na technikach grania, ja wolałem siedzieć gdzieś z boku i czytać co mają do powiedzenia moi bohaterowie, np. Brian Eno". W jednym z wywiadów powiedział: "Wolę trzymać jeden dźwięk przez godzinę i modulować go, to znaczy dla mnie więcej niż zagranie 3000 dźwięków w 15 sekund. Powtarzałem takie zdania znajomym, oni odpowiadali że to złe. Ja na to: Mylisz się, to jest muzyka. Ona jest katalizatorem do wyzwalania emocji i właśnie tego chcę się nauczyć!

W stronę muzyki elektronicznej całkowicie popchnęły go nagrania Depeche Mode, Kraftwerk i New Order. Dodatkowo doszła fascynacja breakbeatami i wciąż trwające zauroczenie muzyką house. „Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy pierwszy raz słyszałem te utwory. Pamiętam, jak słuchałem Depeche Mode, i myślałem: Ej, przecież nie muszę pisać smyków, rozpisywać podziału instrumentów dętych i chóru – mogę stworzyć brzmienie, którego jeszcze nikt nie słyszał! Wtedy wiedziałem już, co tak naprawdę chcę robić w życiu”.

Po dostatecznym opanowaniu homerecordingu Brian zaczął nagrywać pierwsze utwory, stanowiące syntezę house’u z emocjonalnymi aspektami symfonicznych padów. Po opuszczeniu murów Berklee BT rozpoczął poszukiwania wytwórni, która być może będzie zainteresowana wydaniem jego materiału. Wytwórnie w Los Angeles były zszokowane tym, co prezentowała sobą muzyka Transeau, bynajmniej nie w pozytywnym aspekcie... Gdzie gitary? W tamtym czasie wytwórnie szukały grunge’owych kapel a nie eksperymentalnej elektroniki. Zawiedziony ale nie załamany Brian powrócił do rodzinnego Rockville. Był rok 1990, wtedy zaczęły powstawać utwory takie jak „Blue Skies”, „Loving You More” czy „Embracing The Future”, które znalazły się na debiutanckim albumie BT, ale o tym później. Warto w tym momencie wspomnieć o bliskich koneksjach Briana z duetem Deep Dish (Ali 'Dubfire' i BT chodzili do tej samej szkoły w Waszyngtonie), którym to Transeau pomagał przy pierwszych produkcjach i wydawnictwach już w 1994 roku.

Kiedy Sasha usłyszał promo „Embracing The Future”, nie potrafił okiełznać swojego zachwytu nad utworem nikomu nieznanego producenta z USA. BT tworząc w swoim kraju, nie miał pojęcia o tym, że jego muzyka jest popularna na Wyspach Brytyjskich, gdzie Sasha i Paul Oakenfold grali utwory Briana. Ten, po pewnym czasie postanowił wybrać się na Wyspy. Nieoficjalne źródła donoszą, że sam Sasha zasponsorował bilety lotnicze Brianowi. Nie wiadomo ile w tym prawdy, ale czyż nie pięknie jest wierzyć w legendy?;) Brian podpisał kontrakt z Perfecto, a koledzy po fachu pokazali mu hipnotyczną muzykę elektroniczną, która wtedy zdobywała brytyjskie kluby. Zafascynowany BT został wciągnięty przez wir tej energii, czując się częścią całego zamieszania, na pewno po części czuł się także jego sprawcą.

Nie wiedziałem, jak robić muzykę, którą oni tam grali. Po prostu starałem się robić to co czuję łącząc wszystkie elementy muzyki, które działają na mnie emocjonalnie.


Brian Transeau (BT)

Był rok 95, muzyka trance budziła niespotykane dotąd zainteresowanie, a BT zdawał się trafiać swoją muzyką w sam środek tego zainteresowania. Od tamtej pory kariera obiecującego muzyka (sam o sobie mówi, że nie jest dj-em i nigdy nie będzie) rozwijała się w szybkim tempie. Debiutancki album „Ima” był już prawie gotowy. W między czasie Pete Tong zaprosił Briana do zagrania Essential Mixu na falach BBC Radio1.

Naszym Bogiem dziś jest BT, jego prawdziwe imię to Brian Transeau, pochodzi ze Stanów. Jeżeli ja bym się nazywał Brian Transeau i był bym dj-em, chciałbym za wszelką cenę zachować to nazwisko!” – powiedział pół żartem, pół serio legendarny Pete Tong, którego Essential Selection dobijało do drugich urodzin... Do tamtego momentu swoje essential miksy na antenie Radio1 prezentowali m.in.: Paul Oakenfold, Future Sound Of London, Danny Rampling, Sasha, Judge Jules, Carl Cox, Moby, Laurent Garnier i Massive Attack. Ciężko sobie wyobrazić świat muzyki trancowej (czy elektronicznej wogóle) bez PvD, Tiesto i Armina, którzy wtedy byli u progu swoich karier. Szczęście zdawało się dopisywać BT, który jak najlepiej starał się wykorzystać wiatr w plecy. Essential Mix był kolejną szansą dla Briana, aby zaprezentować swoją twórczość. Od epickiego, niemalże filmowego intro, poprzez karkołomne breakbeaty, nadziewany acidowymi brzmieniami trance aż po lekko housowe klimaty - w całym dwugodzinnym przedstawieniu nie zabrakło utworów z „Imy”, debiutanckiego albumu BT. Set w Radio1 został ciepło przyjęty przez słuchaczy, jak i samego Pete’a Tonga, który zapraszał Briana do nagrania Essential Mixu jeszcze kilka razy. Nadszedł więc czas na debiutancki album.

Z perspektywy czasu „Ima” wydaje się być podróżą urozmaiconą emocjonalnymi melodiami, czasami wokalami pozbawionymi kiczu. Sam twórca określa ten krążek jako „miejsce, gdzie jego twórczość znajdowała się wtedy”: „To jest właśnie niesamowite w wydawaniu albumów: po kilkunastu latach możesz usiąść i posłuchać swojej starej płyty, powspominać w jakim miejscu była twoja twórczość.”. „Ima” urzekała pięknem i wielopłaszczyznowością. Brian mistrzowsko zawarł na jednym krążku wszystko, co najbardziej go interesowało w muzyce. Są stosowane później na szeroką skalę w transowych numerach pianina, są głębokie pady tworzące dźwiękowe krajobrazy często okraszone chropowatymi syntezatorami lub „wykręconym” barwami acidowych arpeggio. Słuchając tego albumu (wydanego przecież prawie 14 lat temu!), nie można mieć wątpliwości co do określenia Briana Transeau jako jednego z pionierów transu.

Przez dwa lata po wydaniu „Imy” Brian cały czas pracował nad nowym materiałem, wydając raz na jakiś czas single pochodzące z pierwszego albumu. Występy na Wyspach Brytyjskich obok takich gwiazd jak Oakey, Sasha i John Digweed przyciągały masę fanów.

BT jako fan muzyki często przesiadywał w second handach, by znaleźć jakieś smakowite kąski, które mogły by zainspirować go do jeszcze cięższej pracy. W jednym z takich komisów urzekła go okładka płyty „Paris”, którą postanowił zakupić w ciemno za 50 pensów. Co ciekawe, BT odsłuchał swój zakup dopiero po dziewięciu miesiącach... Głos wokalistki na tym krążku powalił go na kolana, sprawczynią takiego stanu rzeczy była nikomu wtedy nieznana Jan Johnston. Na płycie znajdował się utwór „Prayer”, który to później został wysamplowany przez BT na potrzeby utworu „Calling Your Name” (Numer ten największą furorę zrobił w remiksie Ferry’ego Corstena). „Kiedy podczas odsłuchu tego nagrania wszedł jej głos, dosłownie upadłem na ziemię! Musiałem namierzyć tą kobietę i zacząć z nią pracować!” Sama Jan tak wspomina pierwsze spotkanie z BT: „Brian był w Manchesterze tylko na jeden dzień. Zapytał, czy mam czas. Poszliśmy do studia i tak powstało „Remember”.”Oakenfold wydał ten singiel nakładem swojego Perfecto i była to idealna zapowiedź kolejnego krążka BT. Jan Johnston tymczasem coraz częściej latała do Los Angeles, aby tam wraz z Brianem pracować nad kolejnymi wspólnymi produkcjami.

Wrzesień 97 roku to kolejny Essential Mix na antenie Radio1. W tym samym miesiącu ukazał się drugi studyjny krążek BT, nazwany tajemniczo „ESCM”. Tutaj możemy usłyszeć po raz pierwszy Briana w roli wokalisty („Firewater”, „Solar Plexus” czy „Nectar”). Całość albumu to szerokie spektrum muzyki od trancu, poprzez drum’n’bass aż do pachnących alternatywnym rockiem produkcji w stylu „Solar Plexus”. Do historii muzyki trance przejdzie utwór, jaki BT stworzył wraz z Paulem van Dykiem – „Flaming June”. Jeden z tych numerów, podczas słuchania którego po plecach przechodzą mi ciarki. Mimo tego nieco archaicznego (w porównaniu do dzisiejszego) brzmienia, ciężko uwierzyć że BT i PvD już dwanaście lat temu robili takie numery. Ciepłe brzmienie pianina, niesamowite pady w breakdownie i charakterystyczna barwa syntezatora odgrywająca jedną z najbardziej rozpoznawalnych melodii w historii muzyki trance – to się nazywa przepis na ponadczasowość. W między czasie BT został poproszony o skomponowanie jednego utworu do filmu „Szakal” z Brucem Willisem i Richardem Gere (numer nazywał się „Shineaway”, warto nadmienić, że Brian zawsze chciał robić muzykę do filmów, o tym, że marzenia się spełniają dowiecie się w dalszej części artykułu). Dodatkowo, w październiku tego samego roku BT wraz z Davidem Moralesem i Davem Seamanem dostał możliwość miksowania składającej się z trzech krążków składanki „Renaissance Worldwide – Singapore”. Na trzecim krążku (miksowanym właśnie przez Briana) znalazł się niepublikowany dotąd numer BT zatytułowany „Godspeed”, można było się domyślać, że oprócz materiału zawartego na „ESCM” Brian ma jeszcze kilka asów w rękawie.



Rok 1999, w opinii wielu oponentów transowych brzmień – szczyt popularności i jakości tego gatunku, był kolejnym przełomowym rokiem w życiu BT. Oczywiście „Godspeed” ukazało się w 1998 roku (okazało się, że muzyczne drogi Oakeya i BT rozeszły się – utwór wydało Renaissance), zremiksowane zostało m.in. przez Hybrid oraz Brothers In Rhythm (projekt Dave’a Seamana) i było swego rodzaju zapowiedzią nadchodzącego albumu. Wielu zastanawiało się, czy ten trancowy singiel może stać się zapowiedzią stricte trancowego albumu BT... Nic bardziej mylnego. Oczywiście z „Movement In Still Live” pochodzą prawdopodobnie największe trancowe hity BT, jednak sam twórca po raz kolejny nie daje zamknąć swojego dzieła w sztywnych ramach jednego gatunku.

Różnica pomiędzy „ESCM” a „Movement In Still Live” polega na tym, że skończył mi się kontrakt z Perfecto i nie musiałem już obserwować zdziwionej twarzy Oakenfolda, który za nic nie mógł zrozumieć, o co mi chodzi. On wolałby, żebym robił kawałki w stylu pieprzonego La Bouche!

Już otwierający krążek tytułowy kawałek przekonuje nas o braku ograniczeń muzycznych ze strony pana Transeau: mocny breakbeat, ze smaczkami ala Autechre (jeden z ulubionych zespołów Briana) i mocnymi skreczami. Stworzone z Sashą „Ride” to też ciężki do sklasyfikowania numer. Album w dużej mierze pokazuje hip-hopową stronę muzycznych podróży Briana oraz ujawnia coraz mocniejsze fascynacje BT „glitchowatymi” efektami. Obok tytułowego „Movement In Still Life” na hip-hopową nutę grają też „Madskillz – Mic Checkka” (z udziałem raperów Planet Asia i Rasco) i „The Hip Hop Phenomenon”. Coś dzisiaj wśród transowców nie do pomyślenia – żeby zawierać na jednym autorskim albumie tak odległe od siebie muzyczne światy... Jakby nie było, pojawiają się też trancowe klasyki: niesamowicie liryczne „Mercury And Solace (Reach Out)” z głosem urastającej do miana divy Jan Johnston, wspomniane wyżej „Godspeed” oparte na pociętych wokalach i melodii przywołującej na myśl „Flaming June” oraz „Dreaming” z udziałem Kirsty Hawkshaw, które hitem stało się dopiero w remiksach. Do tego nie można zapomnieć o stworzonym wraz z Paulem van Dykiem „Namistai” (panowie w duecie tworzyli także interesujące remiksy, np: Dina Carroll – „Run To You”). Warto nadmienić, że „Movement...” ukazało się nakładem raczkującego wtedy Blackhole Recordings i był to swego rodzaju początek koneksji pomiędzy Tiesto a BT, która w niedalekiej przyszłości zaowocuje bardziej intensywną współpracą. Oprócz wydania trzeciego albumu, BT odnosił także sukcesy na polu kompozytorskim: stworzył całą ścieżkę dźwiękową do gry „Die Hard Trilogy 2: Las Vegas”, skomponował kilka utworów do komedii kryminalnej „Go”, a „Anomally (Calling Your Name)” zostało wykorzystane w soundtracku do pierwszej części serii „American Pie”. Ponadto kilka faktów kompilacyjnych: Tiesto wykorzystał „Mercury And Solace” i „Anomally (Calling Your Name)” w remiksie Corstena na pierwszej częśći „In Search Of Sunrise”, Armin użył „Namistai” na składance dla Blackhole („Bounaries Of Imagination”) a odcinający się dziś od trancu Sasha na składance „Global Underground 13: Ibiza” posilił się „Mercury And Solace” i breakbeatowym „Fibonacci Sequence”.

Kolejna fala singli wydawana na licencjach różnych wytwórni to rok 2000. Sukcesy „Godspeed” (zawierającego świetny remiks Hybrid) oraz „Dreaming” (wsparte przez wykorzystujący oryginalne patenty remiks duetu Lucid oraz interpretację Tiesto) popychały Briana do dalszej pracy. W USA ukazała się specjalna, dwupłytowa edycja „Movement In Stil Life” która od wersji europejskiej różniła się dodatkowymi numerami w postaci nigdzie nie publikowanych do tej pory remiksów i autorskich produkcji BT. Drugi krążek amerykańskiej wersji wypełniały m.in.: „Fibonacci Sequence”, którym to Paul van Dyk z nokautującym efektem rozpoczął seta na Mayday 2000, czy „Never Gonna Come Back Down” – numer ten stał się sukcesem za pomocą remiksów Timo Maasa i Hybrid, później wykorzystany w ścieżce dźwiękowej do FIFA 2002. Nie obyło się bez następnego w kolejności Essential Mixu, który tym razem był nagrywany na żywo, w maju na festivalu Homelands. Dodatkowo Brian po raz kolejny zagościł w napisach końcowych Hollywoodzkiej produkcji: skomponował prawie całą ścieżkę dźwiękową do filmu „Podejrzany” w której główne role odegrali Morgan Freeman, Gene Hackman i Monica Belucci. Z kolei „Never Gonna Come Back Down” zagościło w słynnym „60 Sekund” z Nicolasem Cage’m w roli głównej.
Rok 2001 to czas, w którym o niesamowitego producenta upomniało się mainstreamowe towarzystwo. Tym sposobem BT został poproszony o produkcję dla słynnego boysbandu N’Sync (utwór „Pop” z albumu „Celebrity”) oraz Britney Spears („Before The Good Bye” i „I Run Away” z albumu „Britney”).

Pamiętam, że JC Chasez przyszedł na jeden z moich występów w Orlando. Zaczęliśmy gadać, okazało się, że ma pojęcie o dobrej muzie. Nagle padła propozycja współpracy od N’Sync. Pomyślałem sobie: ej, to nie przejdzie! Wy jesteście boysbandem a ja robię elektroniczną muzę. Musiał bym olać trzech własnych fanów, a wy 20 milionów swoich. Po jakimś czasie zadzwonił do mnie Justin Timberlake, i powiedział, że chcą zrobić coś na wzór „Hip Hop Phenomenon”. Zastanawiając się nad tą propozycją, pełen wątpliwości zadzwoniłem do Sashy. „Postradałeś zmysły?! Co może być bardziej punk-rockowego od sprawienia, aby boysband brzmiał fajnie?”. Odpowiedziałem: ‘Ej, masz rację! pieprzyć to, zrobię ten numer!”.

Mimo tego, że wcześniej BT zrobił remiksy dla Mike’a Oldfielda, Seala (wraz z Sashą) czy Sarah MacLachlan, to żaden z nich nie dał mu w branży muzycznej takiego splendoru jak produkcje dla komercyjnych idoli amerykańskiej młodzieży. W październiku tego samego roku ukazała się kompilacja „Rare & Remixed” zawierająca zbiór różnych remiksów i produkcji Briana. Oprócz wspomnianych wyżej remiksów dla Seala i Mike’a Oldfielda na kompilacji znalazły się również produkcje BT pod aliasami Dharma, Prana i Elastic Reality. Ministry Of Sound natomiast wydało małą kompilację „Still Life In Motion”, która obok znanych numerów („Never Gonna Come Back Down” i „Madskillz – Mic Chekka”) znajdowały się remiksy numerów BT w wykonaniu Steve’a Lawlera, Way Out West, Plump DJ’s czy duetu Bent. W tym roku BT bardziej jednak skupił się na filmowo-multimedialnych aspektach swojej działalności. Lista filmów i gier, na których znalazła się jego muzyka w roku 2001 wygląda naprawdę imponująco, a na liście tej znalazły się: „Wyścig” z Sylvestrem Stallone, samochodowe „Szybcy i Wściekli”, „Niefortunna Zmiana”, „Lara Croft: Tomb Rider”, „300 Mil Do Graceland”, melodramat „Słodki Listopad” (filmy) oraz „FreQuency”, „SSX Tricky” oraz „Gran Tourismo 3: A-Spec” (gry).. Dodatkowo Brian pracował też nad muzyką do komedii z Adamem Sandlerem, zatytułowanej „Zoolander”, po pewnym czasie z niewiadomych przyczyn wycofał się. Udany rok 2001 zakończył się dla Briana niefortunnie: w okresie świąt Bożego Narodzenia nieznani sprawcy ukradli jego sprzęt studyjny wart ok. 75 000 dolarów. Przy okazji skradziono 11 niepublikowanych do tej pory numerów (w tym utwory BT nagrane z Sarah MacLachlan i Peterem Gabrielem) przygotowywanych z myślą o kolejnym albumie. Utwory te już nigdy nie zostały nagrane ponownie...

Początek okresu, w którym Brian nie wydawał się być zainteresowanym branżą muzyczną na poziomie, na którym jego zainteresowanie znajdowało się wcześniej można by było wyznaczyć na cały rok 2002. Jedyną aktywnością na tym polu była składanka „Ten Years In Life”, jednak to dwupłytowe wydawnictwo nie było niczym więcej, jak kolejną antologią dokonań Briana Transeau. Jego muzyka co prawda znajduje się na soundtrackach do takich filmów jak „Blade: Wieczny Łowca II”, czy „Wpół Do Śmierci” ze Stevenem Seagalem, jednak ten rok zdecydowanie nie był już tak obfity, jak poprzednie lata. Można tylko domyślać się, że miało to związek z ponownym kompletowaniem opustoszałego za sprawą złodziei studia. Fanom na pocieszenie musiał wystarczyć kolejny Essential Mix, który tym razem stanowił nagrany na żywo live-act na Coachella Festival. Live-act, który z trancem miał już niewiele wspólnego...

W Roku 2003 pojawił się czwarty studyjny album Briana, zatytułowany „Emotional Technology”. Trzeba przyznać, że emocjonalnych utworów tutaj co nie miara, jednak żaden z nich nie jest podany w formie trancowej, nawet takiej, do jakiej Brian Transeau przyzwyczaił nas na poprzednich albumach. Więcej tutaj nowoczesnego popu podsycanego przez electro, breakbeatów czy stosowanej na szeroką skalę techniki stutter (dzielenie sampli na małe części, później układanie ich w pomieszaną całość), którą BT opanował do perfekcji. Nie da się ukryć, że jest to najbardziej popowy ze wszystkich albumów BT, jednak nie jest to pop-trance w dzisiejszym rozumieniu studyjnych posunięć Armina czy Above & Beyond. Warto nadmienić że gościnnie na albumie pojawiają się m.in.: Jody Wisternoff (1/2 Way Out West) czy Bill Hammel. Nie można też zapomnieć o Jan Johnston, JC Chasezie (który śpiewa w słynnym „Force Of Gravity”) i członku legendarnej formacji Gangstarr, raperze Guru. „Emotional Technology” powstało w zastępstwie jedenastu skradzionych wraz ze sprzętem utworów. Jak brzmiałby album gdyby nie to przykre zajście? Możemy się tylko domyślać... Może i ostatni album BT stanowił dla jego fanów, delikatnie mówiąc niezbyt przychylne opinie (stając w obronie twórcy, aż chce się napisać „spowodowane zapewne niezrozumieniem przekazu zawartego na krążku”), ale biorąc pod uwagę karierę kompozytora muzyki filmowej – BT osiągnął największy jak do tej pory sukces. Tym przełomowym dziełem było stworzenie ścieżki dźwiękowej do filmu „Monster” w którym główną rolę zagrała nagrodzona Oscarem Charlize Theron. Obsypany nagrodami film na pewno pomógł Brianowi w zdobyciu nieco większego rozgłosu w świecie amerykańskich kompozytorów, chociaż on sam za swoją pracę w żaden „statuetkowy” sposób nie został doceniony. Jak łatwo wywnioskować z jego wypowiedzi, środowisko twórców muzyki filmowej to zamknięta klika, do której ciężko się przedostać:

Często spotykałem się z ignorancją. Rozmawiając z producentem wykonawczym, starałem się potwierdzać kwalifikacje: zobacz, skończyłem szkołę muzyczną, potrafię rozpisać utwór na orkiestrę, zaufaj mi!. W zamian dostawałem tylko krótkie: ej, przecież ty jesteś od dance’u”.

W kolejnym roku, narodziła się Kaia, największy skarb Briana, owoc jego związku z 9 lat młodszą Ashley Duff. Ponadto głos Briana zagościł w „Love Comes Again” stworzonego przez Tiesto, co pomogło zaistnieć BT w świadomości nowej fali fanów trancu, chociaż nie był to już ten sam trance, który lata temu był tworzony przez Briana. W Stanach Zjednoczonych ukazała się EPka „Technology” na której znalazła się remiks Tiesto do „Force Of Gravity” (wykorzystany też na ISOS 4) oraz remiksy innych utworów z „Emotional Technology”. W zdobywającej coraz szersze grono zwolenników audycji A State Of Trance Armina van Buurena uznanie słuchaczy zaskarbił sobie nieoficjalny remiks numeru „The Great Escape” autorstwa Arctic Quest.

Rok 2005 okazał się kolejnymi dwunastoma miesiącami bez znaczących wydawnictw muzycznych. Brian po raz kolejny skupił się na pisaniu soundtracków do hollywódzkich produkcji. Jego muzyka urozmaicała takie obrazy jak: „Niewidzialny” i powiązany z nim dokument „Harnessing Speed” (gdzie przy utworze „She can (Do That)” współpracował z legendarnym Davidem Bovie), „Tajniak z Klasą” oraz „Domino”.

Kolejny rok przyniósł ważne dzieło w artystycznym dorobku Briana. „This Binary Universe” to w opinii samego BT najbardziej kreatywna rzecz jaką kiedykolwiek zrobił. Każdy, kto widział ten album, nie może się nie zgodzić z tą opinią. Tutaj już nie chodzi o klasyfikowanie gatunków, wkładanie poszczególnych utworów do szufladek po uprzednim naklejeniu na nie kilku metek. Siedem utworów, do których stworzono siedem filmopodobnych obrazów. Muzyka stanowi syntezę klasycznych harmonii (często urozmaiconych egzotycznymi instrumentami) glitchowatych rytmów z jazzową asymetrią wspierającą ambientowe struktury.

Utwory skomponowałem siedząc w studiu przed monitorem, trzymając moją córkę na kolanach – to była dla mnie wielka inspiracja.

Ogólnie ciężko opisać w stu procentach, jaka muzyka składa się na eksperyment nazwany „This Binary Universe”. Najlepiej będzie, jeżeli sami (jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście) to sprawdzicie. Album ten był owocem dwuletniej pracy Briana w studio, a na nagranie go duży wpływ miała reżyserka „Monster” – Patty Jenkins, która po usłyszeniu próbnej wersji „Dynamic Symmetry” powiedziała krótko: „Musisz zrobić cały album w takim klimacie!”. W tym samym roku BT skomponował muzykę do filmu „Look”, który w opinii wielu, poza samą muzyką niczego sobą nie reprezentuje...

Blackhole Recordings postanowiło wydać reedycję „Emotional Technology” dopiero w roku 2007. W tym samym roku, Tiesto wydaje album „Elements Of Life” zawierający późniejszy singiel „Break My Fall”, w którym po raz kolejny wokalnie (podobno także produkcyjnie) udziela się Brian Transeau. Na początku roku, w studiu BT miała miejsce już druga kradzież (!!). Po raz kolejny nieznani sprawcy pokusili się na sprzęt, tym razem zginał sprzęt o wartości 150 000 dolarów! Brian wyznaczył nagrodę w postaci 20 000 zielonych banknotów, za wskazanie jakiegokolwiek śladu prowadzącego do przestępców. Dodatkową zachętą mógł być fakt, że BT zobowiązał się pomóc producencko osobie, która pomoże w odzyskaniu sprzętu. Nagroda warta wysiłku, czyż nie? Żadne źródła nie podają jak ta przykra sytuacja została rozstrzygnięta. Wracając do muzycznych poczynań: utwory BT znajdują się w filmie „Catch And Release” a BT wypuszcza na rynek napisany przez siebie software BreakTweaker, w przyszłości ma zamiar podzielić się jeszcze większą ilością programów i wtyczek przeznaczonych dla dj-ów i muzyków. W kolejce do wydania czeka m.in. jego własny BT Stutter. Życie prywatne Briana załamało się. Ashley porwała Kaię i przeprowadziła ją przez granice stanów. Poszukiwania trwały miesiąc i zakończyły się sukcesem. Kaia wróciła do ojca, a na Ashley czekał areszt.

Ostatni rok Brian spędził na kolejnych pracach nad ścieżkami dźwiękowymi. Muzykę sygnowaną inicjałami BT mogliśmy usłyszeć w takich filmach jak „The Possibility Of Fireflies” i krótkometrażowcu Disneya zatytułowanym „Auta: Tokio Mater”. O tym ostatnim sam Brian mówi: „Byłem podekscytowany możliwością zrobienia tej muzyki. To jest pierwsza rzecz jaką kiedykolwiek zrobiłem i moja córka to pochwaliła!”. Podobno cały poprzedni rok trwały także prace nad kolejnym autorskim Briana, który ma pojawić się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Na dzień dzisiejszy wiadomo, że na albumie zagoszczą tacy ludzie jak np. Stewart Copeland (perkusista legendarnego The Police), Imogen Heap, Charlotte Martin czy Christian Burns.

Bycie artystą polega na wprowadzaniu zmian, wymykaniu się ze schematów i zaskakiwaniu odbiorców. W jakim miejscu znajduje się teraz twórczość Briana Transeau? O tym przekonamy się po przesłuchaniu kolejnego albumu. Na dzień dzisiejszy jedno jest pewne: będzie to coś, czego jeszcze od niego nie słyszeliśmy. W porównaniu z jego życiorysem i dokonaniami na scenie muzycznej (wliczając „soundtrackowe” epizody w Hollywood) kariera dzisiejszych dj-ów wydaje się być przewrotnym żartem losu. Warto nadmienić, że Brian nie odcina się całkowicie od swojej trancowej przeszłości: podczas jego setów, gdzieś pomiędzy dynamicznymi breakami, rapem i całą fascynującą go „glitchowatością” można usłyszeć głos Jan Johnston lub słynne „Flaming June”. Jeżeli selektywny eklektyzm ma być miarą prawdziwego artysty, właśnie czytaliście artykuł o jednym z największych. W tym momencie chciałbym dać wyraz swojej zazdrości dla Australijczyków i ich czterodniowego Trance Energy, na którym pojawi się BT ze swoją laptopową symfonią. Udało wam się! (Piotr Truszkowski , DJmag Polska)



Monster is a 2003 biographical-crime-drama-thriller about serial killer Aileen Wuornos, a former prostitute who was executed in 2002 for killing seven men in the late 1980s and early 1990s. Aileen Wuornos was played by Charlize Theron, and her lover, Selby Wall, was played by Christina Ricci (Wuornos' lover's name was actually Tyria Moore, but her character's name, age, and appearance in the film were changed for legal reasons). The film was written and directed by Patty Jenkins.

Much of Theron's preparation for the role is credited to Nick Broomfield's 1992 documentary, Aileen Wuornos: The Selling of a Serial Killer, of which Theron reportedly watched clips between takes.[citation needed] Theron won many awards for her portrayal, including the Academy Award for Best Actress, Golden Globe Award for Best Actress, and the Screen Actors Guild Awards for Best Actress.

After moving to Florida, Aileen Wuornos (Theron), a prostitute, meets Selby Wall (Ricci) in a bar. Selby takes to Wuornos almost immediately, as she likes that Wuornos is very protective of her, even though she notices that the older woman is deeply disturbed. They have a small romantic encounter at a roller rink and quickly become committed to one another, and move into a motel.

After being raped and brutalized by a client (Lee Tergesen), Wuornos murders him and decides to quit prostitution. Eventually, it becomes difficult to pay the bills and Wuornos tries to find legitimate work, but finds it difficult because she has no real qualifications, is uncultured, and has a very bad temper. Desperate for money and resentful of the men who use her for sex, she commits several murders, each more brutal than the last, robbing her victims after killing them.

Wuornos uses the money she stole from her victims to indulge herself and Selby, with the two of them drinking in bars and eating in fancy restaurants and even going on vacation. However, as Selby reads in the papers about the string of murders and begins to suspect that Wuornos may have committed them, the two have a gradually falling out and Selby returns to Ohio on a charter bus.

Wuornos is eventually arrested at a bikers' bar and speaks to Selby one last time while in jail. Selby reveals incriminating information over the telephone and Wuornos realizes Selby is with the police. To protect Selby, Wuornos states she committed the murders alone. During Wuornos' trial, Selby testifies against her. Wuornos is later convicted and sentenced to death. (wikipedia)

link in comments

27.9.09

Street City Nomad - Nuclear War Now ! (2007)



Karol Suka aka Arkona aka Karel God, znany warszawski undergroundowy artysta i rezydent nieistniejącego już klubu Aurora nagrał nic nikomu nie mówiąc jeden z najbardziej zaskakujących i wartościowych polskich albumów ubiegłego roku.

Karol - plastyk i muzyk działają w warszawskim podziemiu od lat 80. Przez cały ten czas był on zainteresowany psychodelią i improwizacją, jak sam mówi „badaniem granic wewnętrznego kosmosu“. Poszedł jednak w stronę ogłupiającego rytmu i cyfrowych chrobotów generowanych nonszalancko za pomocą zdezelowanego sprzętu, na żywo zaś podkreślanego dodatkowo gitarowymi riffami.

Z ludźmi brak komunikacji to przyczyna mej frustracji/alienacja i zwątpienie, marazm, nuda i wkurwienie.“ – informuje Suka. I pyta sam siebie: – „Może zmienię płeć, tożsamość? Może zbombarduję Zamość?“. Jego koncerty są tak szczere, krnąbrne i surowe, że aż intrygujące.

Tym razem jako Street City Nomad nakładem niezawodnego Zgniłego Mięsa Rekords zaatakował surowym i wściekłym cyber acid punkiem przywołującym echa Atari Teenage Riot i Digital Hardcore Recordings, acid house`u i industrialu. Płyta "Nuclear War Now" urzeka i wali w mordę z kilku powodów. Po pierwsze jest jedynym bodaj tak otwartym głosem komentującym (hiper)rzeczywistość IV RP. Rzeczywistość, która aż prosi się o dosadny komentarz a jakoś nikt z szanownych artystów tego nie robi. Karol Suka z typowym dla punk rocka sarkazmem punktuje kolejno rozbuchany kapitalizm-globalizm ("Hipermarket", "Shopping macht frei"), autorytety ("Pokolenie JP2 / To nie ty / To nie ja..."), kulturę konsumpcyjną ("Na chuj ci to?"). Dostaje się także policji, politykom i wojnie z terroryzmem. Co ważne Street City Nomad pozostaje w swej negacji szczery, aktualny i wiarygodny nie popadając w charakterystyczne dla 90% współczesnych punkowych płyt śmieszność, schematyczność i anachronizm. Wiarygodność płyty podkreśla jej warstwa muzyczna. Naturszczykowska i tak surowa i szorstka jak tylko to możliwe. Jak deklaruje sam Karol płytę zrealizował w systemie raw-fi mono(!) surround.

Ta płyta to manifest ezoterrorysty, mówiącego sługusom systemu: „Wara od mojej rzeczywistości!”. Karol, jak niewielu współczesnych artystów, konsekwentnie robi swoje, nie oglądając się na tzw. realia, czy też raczej klatki (klapki) rzeczywistości. Było więc tylko kwestią czasu, kiedy wreszcie wystrzeli torpedę (...) Street City Nomad nie cacka się z rzeczywistością, on wali prosto z mostu w fundamenty IV Rzeszy Pospolitej. A że czyni to z punkową energią i acidowym zakrętem, zachęca do buntu i dania łupnia bandzie polityków. Rzadko się zdarza by płycie, która pod względem muzycznym wydaje się idealna na szalone balangi, towarzyszyło tak mocne przesłanie. (okultura.blog.pl)



Raw and wild cyber acid punk bringing the memories of Atari Teenage Riots, Digital Hardcore Recordings, acid house and industrial.

link in comments

26.9.09

Sweet Slag - Tracking With Close-Ups (1971)



Proszę Państwa - macie przed sobą pozycję absolutnie unikatową. Jej unikatowość nie polega jednak na dostępności (chociaż i to nie jest proste), ale na muzyce, którą ten album zawiera. Jest to wprost rzecz niepojęta, że płyty takie jak ta giną gdzieś w czeluściach pamięci. W 1971 roku mało znana grupa Sweet Slag nagrała według mnie jeden z najlepszych albumów z gatunku progressive rocka, ale z wieloma elementami jazzowych improwizacji, Beefheartowskimi fascynacjami oraz ciężką brytyjską psychedelią. Nie można nie posiadać w swojej kolekcji tej pozycji. MUS !!!

Mick Kerensky - guitar, vocal
Al Chambers - drums
Paul Jolly - sax, clarinet, flute, oboe, woodwind
Jack O'Neill - bass, trombone



Ladies and gentlemans - here you have the absolutely monster and brilliant album !!! A lost gem from the 70's British rock scene, Sweet Slag explore the darker side of mans soul in their one and only release.

By 1971 the UK rock music scene was undergoing change. The psychedelic era was on the wane as a Syd Barrett-less Pink Floyd departed from the surrealist brilliance of Piper at the Gates of Dawn. Progressive rock, with Peter Gabriel at its helm dressed as a transvestite fox, was getting grander and more conceptual. David Bowie was about to christen himself Ziggy Stardust and Led Zeppelin and Black Sabbath were ushering in a new heavier sound with their own reinterpretation of the blues.

With this in mind it’s difficult to see where Tracking with Close Ups, the sole album by UK band Sweet Slag, fits into the music scene at the time. Practically nothing is known of the band, except that they were a four-piece outfit from London and cut their solitary album for the President Record label. Nor has the mystery been cleared up by the re-release of the album by Sunrise Records, as there are no additional notes on the bands history (although Sunrise have made their music much more affordable than the hefty price which dealers command for the original LP on ebay).

Sweet Slag’s music is less concerned about creating anthemic popular rock like Zeppelin or Sabbath, and though their sound could be deemed psychedelic or progressive the over all feel of the album is darker with none of the pretence that would be normally found on albums in these genres. In truth Tracking with Close Ups owes much to the free experimentation of Zappa and Beefheart, with references to avant guarde composers such as Karl Heinz Stockhausen.

Each of the seven songs on the album are experimental with the entire band soloing freely and seemingly without direction. The tight drumming of Al Chambers and steady bass of Jack O’Neill just about manage to hold the threads of the ideas together. This freedom of expression can be a bit off-putting for the casual listener, but as in the best avant guarde work of John Coltrane, there are moments when all the ideas and discordant improvisations come together and intricate melodies weave their way out from the maelstrom.

Rain Again” repeatedly morphs through different styles and time signatures over it’s 10 plus minutes, beginning with hazy horns over Chambers’ lazy funk break-beat, before quickly disintegrating into cacophony. ‘Twisted Trip Woman’ with its incessant bass riff is also a highlight, with a middle section which sounds like it could’ve been lifted straight off of a Plastic People of the Universe LP.

Vocalist and lead guitarist Mick Kerensky takes writing credits for all seven songs, and his lyrics are full of bleak imagery concerning his complete hatred and mistrust of society. “World of Ice” is the most psychedelic track; a slow eerie 'stoner rock’ tune much akin to “The End” by the Doors. An embodiment of Kerensky’s paranoia, its eerie bass riff and swathes of atmospheric percussion lead on to his tortured guitar solo, which moves by turns discordant and delicate to create something truly beautiful and melancholic. Suicidal fairly sums it up.

The final track ‘Babyi Ar’ is based on the poem by Yevgeny Yevtushenko about the Jewish massacres at Babi Yar in 1941 perpetrated by the Soviet Union. Kerensky screams the song title repeatedly over the horrific noises conjured up by the rest of the group. It stands as a poignant homage to the darker side of the human condition, and a fitting way to end an album so eager to explore this part of mans psyche. (Gerard Fannon)

link in comments

Archie Shepp - A Sea Of Faces (1975)



No to teraz dalszy ciąg seciku jazzowego:

Archie Shepp - ozdoba największych festiwali. Jazzowy gigant. Nowator zanurzony w tradycji. Artysta wszechstronny, owiany legendą. Saksofonista, kompozytor, publicysta, poeta, dramaturg, wykładowca muzyki i literatury.

W latach 60 grał awangardowy jazz z koryfeuszami tego gatunku: Cecilem Taylorem, Donem Cherry, Johnem Coltrane'm. Zawsze trafia w gusta szerokiej publiczności. W swojej muzyce, pamięta o starych korzeniach jazzu- rhytm and bluesie, bluesie. Artysta zaskakujący twórczymi pomysłami i możliwościami. Każdy jego koncert jest wydarzeniem artystycznym.

Już w czasie studiów (literatury i dramatu) w Goddard College grał na różnych instrumentach, m.in. na saksofonie. Fascynowała go gra i stylistyka jazzu Johna Coltrane'a. Początkowo koncertował (jako klarnecista) z różnymi zespołami tanecznymi, później (już jako saksofonista tenorowy) z grupami rhythm and bluesowymi. Kiedy zamieszkał w Nowym Jorku próbował znaleźć pracę jako aktor, grał w zespołach latynoskich. Na początku lat 60. grał w zespołach koryfeuszy awangardowego jazzu: Cecilem Taylorem , Billem Dixonem , Donem Cherrym i Johnem Tchicai. Razem z Cherrym i Tchicai został współliderem grupy The New York Contemporary Five - jednej z najważniejszych formacji nowoczesnego jazzu. Był założycielem własnych zespołów, z udziałem m.in.: Roswella Rudda, Bobby'ego Hutchersona i Grachana Moncura III.

Zainteresowania jazzem improwizowanym, strukturami free oraz kulturą afro-amerykańską spowodowały wyraźne, muzyczne odniesienia w twórczości Sheppa. Rozpoczął studia uniwersyteckie, rozwinął współpracę z podobnie podchodzącymi do afro-jazzu muzykami. Takie pojmowanie jazzu doprowadziło go w krąg muzycznych fascynacji Johna Coltrane'a. W 1965 roku wziął udział w Newport Jazz Festival i wystawił swa sztukę "Juneburg Graduates Tonight ". Chociaż w latach 60. był ściśle związany z ruchem free - jazzowym, czerpał z muzycznych korzeni jazzu, włączając elementy wcześniejszych form jazzu i bluesa. W latach 60 koncertował, nagrywał, zajmował się pisaniem muzyki, sztuk teatralnych, z których wiele odzwierciedlało jego przekonania polityczne i troskę o prawa człowieka. Był wykładowcą na University of Massachusetts.

Przez kolejnych dziesięć lat Shepp wzbogacał swój repertuar, wcielając do niego elementy rhythm and bluesa, rocka, bluesa i be-bopu. Niektóre nagrania dokonane w końcu lat 70. i na początku 80. dają wyobrażenie o skali jego zainteresowań. Wśród nich albumy w duecie z Maxem Roachem, zestawy pieśni spiritual i bluesa z Horace'em Parlanem oraz płyty nagrane w hołdzie Charliemu Parkerowi i Sidneyowi Bechetowi.

Dziś artysta postrzegany jest jako gigant jazzu, wszechstronny artysta, którego nie można jednoznacznie sklasyfikować. Artysta, grający jazz z najwyższej półki, który trafia w gusta szerokiej publiczności.

Cameron Brown - bass
Beaver Harris - drums
Bunny Foy - maracas
Dave Burrell - piano
Archie Shepp - sax, piano, vocal
Charles Greenlee - trombone

Archie Shepp is an American jazz saxophonist. Shepp was born in Fort Lauderdale, Florida, on May 24, 1937, but raised in Philadelphia, Pennsylvania, where he studied piano, clarinet and alto saxophone before focusing on tenor saxophone (he occasionally plays soprano saxophone). He is best known for his passionately Afrocentric music of the late sixties which focused on highlighting the injustices faced by the African race, as well as for his work with the New York Contemporary Five and his collaborations with his "New Thing" contemporaries, most notably Cecil Taylor and John Coltrane.

Shepp studied drama at Goddard College from 1955 to 1959, but after a lack of success in securing acting jobs after moving to New York, he turned to music professionally. He played in a Latin jazz band for a short time before joining the band of avantgarde pianist Cecil Taylor, who at that time was just beginning to blossom from merely a very eccentric Thelonious Monk-influenced young upstart into one of the most important and controversial figures of the 1960s avantgarde. Shepp appeared on Air, The World Of Cecil Taylor and Cell Walk For Celeste, all of which remain defining Taylor recordings. His first notable forays into recording under his own name came with the New York Contemporary Five band, which included Don Cherry. John Coltrane's admiration led to recordings for Impulse!, the first of which was Four for Trane, on which he was sided by his long-time friend, trombonist Roswell Rudd. Shepp participated in the sessions for Coltrane's A Love Supreme in early 1965 but none of the takes he participated in were included on the final LP release (they were made available for the first time on a 2002 reissue). However, Shepp then cut the massively influential and extremely avantgarde Ascension with Coltrane in 1965, and his place alongside Trane at the forefront of the avantgarde scene was epitomized when the pair split a record (the first side a Coltrane set, the second a Shepp set) entitled New Thing At Newport released in late 1965. Some critics felt Shepp was rather too heavily influenced by Coltrane, though Trane's influence at the time was so vast that nearly every saxophonist who was attaining stardom at the time was on the receiving end of this criticism at one point in their careers (most notably Wayne Shorter).

1965 also saw the release of the Fire Music LP which included the first signs of Shepp's increasingly prominent Afrocentricity: it included the reading of an elegy for Malcolm X, and the title is derived from a ceremonial African music tradition. It also saw Shepp pushing the boundaries of jazz but remaining somewhat tethered to bebop traditions, as the saxophonist performed bizarre readings of standards "Prelude To A Kiss" and "The Girl From Ipanema". The Magic Of Ju-Ju in 1967 also took its name from African musical traditions and this time the music too dived headlong into the continent's music itself, utilising a frenetic African percussion ensemble. At this time, many African-American jazzmen were becoming increasingly aware of Afrocentrism and the musical traditions of the African continent; along with Pharoah Sanders, Archie Shepp was at the forefront of this movement. The Magic Of Ju-Ju defined Shepp's sound for the next few years - seemingly chaotic avantgarde sax lines coupled with the rhythms and ideologies of Africa. Shepp continued to experiment into the new decade, at various times including harmonica players and spoken word poets in his ensembles. Attica Blues and The Cry Of My People, meanwhile, from 1972 were Shepp's angriest statements of black freedom yet.

In the late 1970s and beyond, Shepp's career zigzagged between various old territories and various new territories. He continued to explore the music of Africa, while also recording tributes to more traditional jazz figures like Charlie Parker and Sidney Bechet, dabbling in R&B, and recording with various European artists like Jasper Van't Hof and Dresch Mihály. Since the early nineties he often plays with the French trumpet player Eric Le Lann with whom he recorded the album Live in Paris in 1995.

Shepp has also returned to his first love, drama, at various times in his career - his works include The Communist (1965) and Lady Day: A Musical Tragedy (1972). From the 1970s to the early 2000s Archie Shepp was a professor in the African-American Studies department at the University of Massachusetts, Amherst, where he taught both music and music history. (wikipedia)

link in comments

23.9.09

Brigitte Fontaine feat. Art Ensemble Of Chicago - Comme A La Radio (1970)



Of all the strange records this French vanguard pop chanteuse ever recorded, this 1971 collaboration between the teams of Brigitte Fontaine and her songwriting partner Areski and the Art Ensemble of Chicago -- who were beginning to think about returning to the United States after a two-year stay -- is the strangest and easily most satisfying. While Fontaine's records could be beguiling with their innovation, they occasionally faltered by erring on the side of gimmickry and cuteness. Here, the Art Ensemble provide the perfect mysterious and ethereal backdrop for her vocal explorations.

Featuring the entire Art Ensemble of that time period and including fellow Chicago AACM member Leo Smith on second trumpet, Fontaine and Areski stretched the very notion of what pop had been and could be. With strangely charted arrangements and mixing (percussion was in the foreground and horns were muted in the background, squeezed until they sounded like snake-charming flutes), the ten tracks here defy any and all conventions and result in the most provocative popular recording of 1971 -- and that's saying something. For their part, the Art Ensemble hadn't played music this straight since before leaving Chicago, with long, drooping ballad lines contrasted with sharp Eastern figures and North African rhythmic figures built in. The finest example of how well this works, and how seductively weird it all is, is on the two-part "Tanka." Here, Malachi Favors' bass and Areski's percussion meet everything from bouzoukis to clarinets to muted trumpets to sopranino saxophones, courtesy of Joseph Jarman, Roscoe Mitchell, Smith, and Lester Bowie, who play in tandem, using striated harmonies and modal intervals in order to stretch the notion of time and space under Fontaine's vocals. The effect is eerie, chilling, and hauntingly beguiling, and sets the tone for an entire album that runs all over the stylistic map while not adhering to anything but its own strange muse. This is remarkable stuff from a very adventurous time when virtually anything was possible. - Thom Jurek, All Music Guide

Roscoe Mitchell -Flute
Jacques Higelin - Guitar
Albert Guez - Lute
Joseph Jarman - Oboe, Saxophone
Areski - Percussion
Leo Smith , Lester Bowie - Trumpet
Brigitte Fontaine - Vocals



In 1969, a French chanteuse, an Algerian multi-instrumentalist, and a Chicago jazz quartet undertook an experimental, exploratory, revolutionary musical voyage. The album was Comme a la Radio, the fourth record for theater actress turned vocalist Brigitte Fontaine. Working with the experimentally-minded Areski Belkacem —who'd become her ongoing collaborateur and lover— and avant-garde jazzists the Art Ensemble of Chicago, Fontaine fashioned what's been called "one of the coolest albums ever recorded."

Comme a la Radio walks a magical line between tuneful and experimental, playful and disdainful. Belkacem juggles genres and timbres; mixing North African drones and percussion with piano and cello, summoning psychedelia and free jazz, whilst keeping things, if only loosely, within the traditions of the French chanson. Fontaine, out front, is an electric figure; her half-sung, half-spoken vocals dancing across the tunes with a nimble, charismatic ease. Even for listeners who speak no French, Fontaine's sense of voice as instrument, of language as rhythm, makes her vocal poetry transcend barriers of language.

In the four decades since Comme a la Radio was unleashed upon an unsuspecting world, its legend has grown and grown. Whilst it may've sounded completely otherworldly and utterly confronting for its initial, unsuspecting, 1969 audience, to a modern era its trans-cultural, multi-genre mixture seems familiar, almost au courant. Fontaine, in many ways, seems a particularly contemporary figure. In recent years, she's collaborated with, amongst others, indie heavyweights Stereolab and Sonic Youth, both of whom have confessed a huge debt to her music. And, of course, to her greatest album.

link in comments

Simply Saucer - Half Human, Half Live (2008)



Three decades after they crashed and burned, these long-lost '70s psych-punks from Hamilton have risen like a Phoenix. And on this long-overdue disc divided between recent studio and live recordings, they are definitely flying high. Moving nimbly from scrappy garage-rockers to grand space epics and acoustic hippie-folk, they do a fine job of making up for that lost time. -Darryl Sterdan

This four-piece band from Hamilton, Ontario, was formed in 1973 by Edgar Breau on lead guitar and vocals, Kevin Christoff on bass, Neil DeMerchant on drums, and Ping Romany on electronics. Though Simply Saucer had the guts to bring together tremendous influences from rock's past, including the Velvet Underground, early Pink Floyd, and the Stooges, the band was hardly noticed outside of its local area. After numerous lineup changes and shifts in sound, Simply Saucer disbanded by the end of the '70s, leaving only partial live recordings and a few studio tracks produced by Bob and Daniel Lanois in their basement. The Lanois brothers would become super-producers, but the only lasting product of that time was a reissue on Fistpuppet/Cargo, which includes the original Lanois recordings and some live tracks recorded on top of a shopping mall in downtown Hamilton.

Nearly three decades went by, and then in 2007, after regrouping for a reunion gig at the Casbah in their hometown, they returned to the studio to record Half Human, Half Live for their new label, Sonic Unyon. ~ Matt Carlson

Edgar Breau - vocals, guitar, acoustic guitar
Kevin Christoff - vocals, upright bass, bass guitar
Stephen Foster - guitar, banjo
Daniel Wintermans - guitar, piano, synthesizer, Moog synthesizer, Theremin
Joseph Csontos - drums

Simply Saucer had been out of commission for more than a decade when Cyborgs Revisited, a collection of demos and live tracks they recorded in the mid-'70s, was issued on vinyl in 1989 and established the group as a record collector geek's dream band -- a group laboring in utter obscurity who were creating something truly unique, a wacked-out fusion of Can, the Velvet Underground, the Kinks, and Syd Barrett created at a time when even those wildly influential acts were off the radar of most rock fans, especially in the Canadian factory town of Hamilton, Ontario. When Cyborgs Revisited was reissued on CD in 2003 with a stack of bonus tracks, the buzz about Simply Saucer grew a bit louder, but no one was honestly expecting the band to ever re-form (especially given the fact lead guitarist and singer Edgar Breau had given up electric guitar after quitting the band), making the existence of Half Human, Half Live, the first proper Simply Saucer album, something of a surprise. While Breau and bassist Kevin Christoff are the only two members of the original edition of Simply Saucer to appear on these sessions, the sound and feel of this album is consistent with the scraps collected on Cyborgs Revisited, though this material has the advantage of having been recorded under more welcoming circumstances, in a proper studio and with a solid lineup of musicians, and the three way fusion of the trippy, the furious, and the joyous is still potent and effective nearly three decades after the group gave up the ghost. Breau's voice isn't what it once was, but his hearty bellow works just fine on many of these songs, and for a guy who gave up rock for acoustic folk in 1979, he can still conjure up an impressive wall of electric noise, though new members Daniel Wintermans and Stephen Foster certainly help. And if the '60s pop influences of "Almost Ready Betty" and the pastoral acoustic folk-rock of "Dandelion Kingdom" seem a bit outside the boundaries of what one might expect from Simply Saucer, Breau is certainly entitled to a bit of reinvention after so many years of hibernation. Half Human, Half Live features six new compositions recorded in the studio and six Simply Saucer chestnuts played for a small but enthusiastic live audience, and while the studio tracks rock with genuine authority, live the new group sound just a bit tentative, though they build up an impressive head of steam by the end of "Illegal Bodies." If Half Human, Half Live isn't quite the triumph one might have hoped for, it does nothing to tarnish the legacy of this great invisible band, and suggests Breau's musical ambitions are still impressive (and still evolving) in the 21st century, and hopefully this isn't the last we'll hear from this band. ~ Mark Deming, All Music Guide

link in comments

20.9.09

The Firebirds & 31 Flavors - Light My Fire + Hair (1969)



Jakie słodziutkie hippiesowskie okładki .... I dodatkowo znajomo brzmiące tytuły - Light My Fire i Hair. Nic tylko wpiąć koraliki i tańczyć pod znakiem Wodnika. Tymczasem nic bardziej mylnego - The Firebirds i jego mutacja - 31 Flavors - to brytyjski zespół grający muzykę nie mającą nic wspólnego z amerykańskimi tripami. Co my tu mamy? Ciężkie garażowe brzmienie, mnóstwo sfuzowanych gitar i kupę brudu. Gorąco polecam !!!

***

Ohhh, these records are fucked up. Okay so, for you younger readers, back in the 60’s up through the early 80’s, there was this phenomenon of the bogus record label. Companies like K-Tel and Ronco in the US and Crown in the UK would traffic in cheap imitation pop music predicated on siphoning monies from grandparents and other squares. Often times it would say the band’s name on the cover (Beatles for example), but the music inside would be performed by session hacks with horrid production values. Sometimes it would be a complete has been singer fronting these same hacks. Far more rare, and most often producing unquestionable poo, was the ‘exploitation band’ (...)

And thus, The Firebirds, a completely anonymous British session band, released ‘Light My Fire‘. Now, the Doors hit of the same name doesn’t really show up on the album, although it’s main hook is alluded to in one song and even though one song is called ‘Light My Fire’ that isn’t the one!



Stylistically, Light My Fire doesn’t sound anything like Jim Dandy & The Knobs. In fact, the intended effect - a Hendrix Experience clone - ends up sounding like Jack Bruce of Cream fronting first LP Black Sabbath mocking the Experience!

It’s incredible in just how over the top it goes: The guitar is brutal taking on an almost ‘My War‘ era Greg Ginn (Black Flag) feel on the LP’s best track ‘No Tomorrows’. It just squeals with that tortured amp buzz, like Blue Cheer’s ‘Vincebus Eruptum’, but even dirtier, if you can believe that. If you’re a Tony Iommi freak, prepare to be surprised when you hear this guy pulling out the licks to ‘Paranoid’ two years before that song existed! The drummer is particularly entertaining in his ‘Fuck - A - Muthafuckin’ Mitch Mitchell’ approach. I think there may be one steady beat throughout the entire record. This guy is a fill machine it’s absurd! Plus, the record contains a three solo suite “Free Fuzz / Free Bass / Free Drums”. The highlight here is “Free Bass”(hahaha!) . The bassist isn’t really skilled enough to do a proper solo, and hearing him struggle through it is a Spinal Tap worthy moment. Like I said earlier, the singer has a Jack Bruce-ish quality, but then does himself no favors by employing Hendrix speak on ‘Gypsy Fire’. It must be heard to be believed!

Now, remember, this isn’t a real band - just some salary guys with guitars and no control over the end product. As such, the track ‘Warm Up’ is just not the same band. It may have a few of the same players, but it doesn’t even remotely approach the sound of the rest of the album. Why on Earth would they do that?

I’m glad I asked! You see, they needed to pad the record to bring it in at just lengthy enough to rate as a long player. Why not put another track by the same group on to do this? Well, why do that when you can split up their sessions and put out another record at the same time with an entirely different name? That’s right, dummy, enter: The 31 Flavors ‘Hair’.

So Crown Records puts out this ‘Hair’ LP that contains hideous, I mean hideous versions of ‘Hair’ (duh) and ‘Age of Aquarius (Let The Sunshine In)’ (probably by completely different musicians). If my Grammy bought this for my birthday, after being molested aurally by ‘Aquarius’, this would been art on my steam heater, man. Which would be a shame because following those sonic abortions is more Firebirds material. A few tracks (’Protest’ & ‘1,2,3,4') sound like they are from the year before heavy distortion arrived and rumble along in a garage punk manner - casually out of tune and sludged up. ‘Free Fuzz’ & ‘Free Drums’ reappear here. Wrapping things up is ‘Distortions of Darkness’, which is an instrumental version of ‘Light My Fire’s ‘Reflections II’ (and I imagine was probably called ‘Reflections I’ at some point) - only here it’s about twelve times as heavy and barbituated.

link in comments

17.9.09

Nazz - 13th & Pine (1998)



Amerykańska grupa założona w Filadelfii w 1967 r. W jej skład weszli: Todd Rundgren (ur. 22.06.1948 r. w Upper Darby w stanie Pensylvania, USA, gitara, śpiew), Carson Van Osten (bas, śpiew), eks-członkowie barowego zespołu Woody's Truck Stop oraz Robert "Stewkey" Antoni (śpiew, instrumenty klawiszowe) i Thom Mooney (perkusja).

Zadebiutowali jako grupa towarzysząca The Doors w koncertowej trasie, jednak celowa taktyka menedżera Nazz, Johna Kurlanda, kreującego wokół zespołu aurę ekskluzywności, przyniosła w sumie więcej szkody niż pożytku. Lukratywny kontrakt nagraniowy z firmą Screen Gems przyniósł album Nazz, syntezę brytyjskiego i amerykańskiego popu, nawiązującą stylistycznie do dokonań The Who, Jimiego Hendrixa, Buffalo Springfield i Small Faces.

Przesadna fascynacja Anglią, a zwłaszcza młodzieżowym stylem "mods" z połowy lat sześćdziesiątych, nie przysporzyła Nazz fanów w dobie narastającej fali acid-rocka, niesnaski zaś w zespole były pierwszym symptomem późniejszego rozpadu. Płyta Nazz Nazz wzbogaciła przeniesione z poprzedniego longplaya elementy o bardziej autorskie pomysły muzyków.

W 1970 r. Rundgren wybrał karierę solisty, co doprowadziło do rozwiązania zespołu. Album Nazz III zmontowano z tematów z poprzednich sesji nagraniowych nie wykorzystanych na wcześniejszym longplayu. Stewkey i Mooney wraz z Rickiem Neil senem i Tomem Peterssonem (później w Cheap Trick) występowali w zespole o stale zmieniających się nazwach, jednak spośród członków Nazz prawdziwą popularność zdobył tylko Rundgren. Pomimo towarzyszącej im komercyjnej otoczki nagrania Nazz uznano z czasem za prekursorskie dla całego pokolenia amerykańskich zespołów lansujących brzmienie brytyjskie, w rodzaju The Raspberries, Stories i Sparks. (uktop40.republika.pl)

Todd Rundgren - vocals, guitars
Robert Antoni - vocals, keyboards
Carson Van Osten - bass
Thom Mooney - drums, percussion



Nazz was a psychedelic and garage rock band from the 1960s. Though sometimes mistakenly called "The Nazz", the group's official name on all records and press materials is simply "Nazz", without the definite article. The band was formed in Philadelphia, Pennsylvania in 1967.

Nazz took their name from the song "The Nazz are Blue" by The Yardbirds from their album Roger the Engineer. That song, in turn, took its title from Lord Buckley's comic monologue, "The Nazz," which is a re-telling of the tale of Jesus of Nazareth. It is also often erroneously said that the band took its name from a line in the David Bowie song "Ziggy Stardust" which goes: "He was the nazz, with god-given ass..." but that song appeared in 1972, long after the first Nazz album, which appeared in 1968.

Nazz was marketed by their manager, Michael Friedman, as a teenybopper band along the lines of The Beatles or The Monkees. The group signed with SGC Records, releasing Nazz in October 1968. The album was not commercially successful and neither was the first single, "Open My Eyes" of which the flip side was "Hello It's Me" (#41 Canada) except in Boston. "Open My Eyes" was the side SGC Records was promoting, but accidentally the flip side was played at the home of Boston"s WMEX Music Director and DJ Ron Robin. He was impressed and added it to the station's playlist. Reaction was strong and "Hello It's Me" became a number one hit at WMEX in 1968. Several weeks later it was on the playlist of Boston's other Top 40 radio station WRKO and eventually at other stations across the country. SGC Records presented Ron Robin with a Silver Record which reads "WMEX, Where it All Began. Thanks!".

After a brief trip to England in October 1968, cut short by visa problems, Nazz recorded their second album, originally entitled Fungo Bat in Los Angeles in late 1968 and early 1969. (A fungo bat is a special baseball bat used only for practice; it is not intended to hit pitched balls.) The album was originally intended as a double album but was shortened to a single LP before being released as Nazz Nazz in May 1969. Much of what was cut was experimental, piano-based Rundgren material, heavily influenced by singer/songwriter Laura Nyro - a far cry from the group's original Beatles-Who-Yardbirds derived sound. Disillusioned, Rundgren departed the group, along with Van Osten, soon after.

With Stewkey in charge, the band continued to tour during 1969 and 1970. Without the full band's knowledge or consent an unsuccessful Nazz III was released in 1970, in which Rundgren's vocals in the old tapes were replaced by his own. Mooney soon left, eventually playing with a variety of groups including the Curtis Brothers, Tattoo, Fuse and Paris. Stewkey played with Fuse alongside Mooney for a brief period, but then left. Rundgren went on to have a successful solo career. Rundgren's biggest solo hit was an up-tempo version of Nazz' first unsuccessful single, "Hello It's Me". Stewkey has been performing as Nazz again as of 2006 with an all new line-up. (wikipedia)

***

The album "13th & Pine" is a collection of odds and sods; rarities and obscurities. It's designed for the obsessive Todd Rundgren collectors out there, and, in that sense, it satisfies, since there is a lot of weird, unheard music here. Still, this is a collection primarily of small pleasures, lacking revelations or forgotten gems--it's just simply another way to dig deeper. That's not a bad thing, but it does mean that it's not essential for those outside of the obsessives.

link in comments

Bob Downes - Open Music (1969)



No nie za wiele informacji zebrałem na temat Boba Downes'a. Ten brytyjski muzyk jazzowy nagrał kilka bardzo ciekawych albumów zawierających mieszaninę styli - od free jazzu po psychedelię, z akcentem na jazz. Jego najbardziej znanym albumem jest nagrany z grupą Bob Downes Open Music w 1970 r. - "Electric City".

Bob Downes was a well-known "studio rat" or a "session man" that played on many 60's records, from Manfred Mann to Andwella's Dream (and later on Egg); and his fantastic flute was second to Jethro Tull's Ian Anderson only. By the turn of the decade, he had decided to try his own luck and 1970 was a particularly fruitful year for him: 2 full solo album and one collaboration. Released on the legendary Vertigo swirl label, Electric City was a strange album between avant-garde jazz and hard rock. The album failed to sell and by the time Bob Downes was ready to record his second album, Phillips had demoted him to their "normal" label (only Gracious suffered the same treatment). Actually "Open Music" came out as his more successful release and has been a collector item for years, now.

The same year, Bob Downes also released a wild album called "Deep Down Heavy" (and its spectacular artwork) with poet Robert Cockburn reading out his text, making another unusual record.

None of the three albums sold enough for Downes to keep trying out his solo stint. Comes then a gap where I guess he returned to studio sessions for the next couple of years, most likely appearing on avant-garde jazz albums. This in turn led him to be noticed by some Modern Artistic Dance companies and in 72, he was commissioned for two "dance" project. Forming his own trio Open Music, named after his more successful album, "Diversion" proved an interesting release where jazz-rock alternated with free form music, while the catastrophic "Episodes At 4AM" (74), which was a Welsh project, filled with obtuse free-form music. The following year saw Downes release "Hell's Angels", then later "Dawn Dreams", "South American Journey" and "Inside Stonehenge", before taking a long break.

Bob Downes moved to the continent in the late 80's and is now currently based in Germany, and continues to perform as a solo artiste, playing during the execution of paintings and art exhibitions running flute workshops and releasing the odd album now and then, such as 93's "Dreams of Nature".(progarchives)

link in comments

16.9.09

Electric Prunes - Artifact (2001)



The Electric Prunes powstał ok. 1965 roku w Seatlle, ale muzycy wywodzili się z Californii, Clevland i Philadelphii. Muzycy szybko przenieśli się do Los Angeles i rozpoczęli na dobre swoją muzyczna karierę. Początkowo grupa błądziła muzycznie i próbowała odnaleźć się w różnych stylistykach. Podczas jednego z występów zauważyli ich przedstawiciele Reprise Records i w 1966 podpisano z nimi kontrakt. Pierwszy singiel grupy "Ain't It Hard" okazał się przebojem, a następny - "I Had Too Much To Dream Last Night" - był już prawdziwym sukcesem. Singlowe sukcesy zaowocowały w 1967 roku wydaniem pierwszego albumu zatytułowanego tak samo jak singlowy hit - "I Had Too Much". Muzyka na pierwszej płycie prezentuje mieszankę wielu amerykańskich styli, jednak skłaniała się raczej ku brzmieniu psychedelicznemu. Druga płyta wydana również w 1967 roku - "Underground" - potwierdzała muzyczne zainteresowania muzyków - kierunek: psychodelia - jeszcze bardziej ciężka i brudna. Po jej nagraniu w grupie rozpoczęły się różne przesunięcia personalne. Pod koniec roku 1967 ukazało się kolejne wydawnictwo - "Mass in F Minor", uważana przez niektórych za pierwszą płytę koncepcyjną w historii rocka. Była to tzw. msza beatowa - rock opera. Nad jej nagraniem czuwał David Axelrod, który na co dzień zajmował się dyrygenturą. Płyta była bardzo nowatorska. Pochodzący z niej utwór "Kyrie Eleyson" został wykorzystany w filmie "Easy Rider". Paradoksalnie do ciężaru gatunkowego albumu okazał się największym komercyjnym sukcesem grupy. Kolejna wydana w 1968 roku "Release On An Oath" była również dziełem Axelroda. Plotka głosi, że zamiast niektórych członków Electric Prunes w jej nagraniu udział wzięło wielu anonimowych muzyków sesyjnych. Album klimatem nawiązywał do wcześniejszej mszy z tym, że pozbawiony był treści religijnych. Po nagraniu tej płyty zespół nagrał w 1969 roku album "Just Good Old Rock And Roll", który nie miał już kompletnie nic wspólnego z wcześniejszymi dokonaniami i zawierał zwykłego roczka. Było to podzwonne dla muzyków i zespół rozwiązał się. Uzupełnieniem tego okresu były wydane później nagrania koncertowe ze Sztokholmu i jakieś składanki.

Grupa jednak kilkakrotnie wznawiała swoją działalność czego rezultatem jest prezentowana płyta. Muzyka na niej dowodzi, że panowie są w całkiem przyzwoitej formie i cieszy ich wspólne granie. Momentami podoba mi się ona bardziej niż ich "psychodelie" z epoki "flower-power".



After over thirty years apart, the Electric Prunes are together again and continuing the story of one of the most significant and recognizable garage bands of the 1960s. After playing reputedly excellent shows at Cavestomp and Voxfest, the newly reunited Prunes released *Artifact*, a new album filled with all-new material. Musically, the group’s style has evolved somewhat from the punky psychedelic sound which they helped to pioneer with the hits “I Had Too Much to Dream Last Night” and “Get Me to the World on Time”. This new album is more in a slow and mellow heavy rock mould, occasionally bordering on blues-rock. Despite the stylistic changes however, several Prunes trademarks remain. The mind-melting fuzztone guitar which defined their original style is still in vogue, often in conjunction with more mainstream distorted guitar sounds. On *Artifact*, the core group of James Lowe, Ken Williams, and Mark Tulin is joined in the studio by original drummer Quint, James’ son Cameron Lowe, and former Moby Grape guitarist Peter Lewis, among others. Overall, the musicianship on this new album is excellent. The lead guitar work of Ken Williams is particularly exceptional. James Lowe’s vocals retain the attitude they had from the old days, although his voice has perhaps lost some of the range and softness which complemented that attitude so well on songs like “I Happen to Love You” and “Too Much to Dream”. The only real exception to the impressive instrumentation is some rather tedious drum machine work, which sometimes gives an 80s pop feel to songs like “Big Stick”. The songwriting on Artifact is often interesting, and it echoes the group’s sense of humor and attitude. The first song on the album, “Lost Dream” is also probably the best, with its driving guitar riffs and pouted lyrics about past glories. Other interesting songs on the album include an uncharacteristically slow version of Love’s “7 & 7 Is” and a very pleasant reading of Randy Newman’s “Dream I Had Last Night”. Despite the occasional moment of inspiration however, the album is not wholly successful. The songs are just too slow-paced and undistinguished to maintain interest. Artifact is an album desperately in need of variety. Still, it’s an interesting glimpse into the musical development of the Electric Prunes.


Interview With James Lowe

by Keith "MuzikMan" Hannaleck
(muzikreviews.com)


MuzikMan: How has the Internet helped the band with creating awareness of your music over the past year since the release of the DVD Rewired-Live In Concert? What are the pros and cons of today’s technologies and media outlets in comparison to when you started?

James Lowe: When we started there was one way to be heard, sign with a label in order to possibly get played on the limited number of stations playing rock. Upside: The internet allows for direct and immediate contact between music fans and bands. It affords an outlet for worthy material that would otherwise go completely unnoticed. In addition, like the old record listening booths, it often allows you to sample material before buying it. Downside: There is so much crap floating around in cyberspace that unless you want your penis enlarged, mortgage refinanced, or Cindy's webcam, it is difficult to know where to go to find what you want. And, of course, there is the problem of those who want to do more than sample your material....

The internet has not been wildly successful in creating awareness of the Electric Prunes. For the most part those who know of us and are interested, find us. Those who don’t know of us don’t find us. Imagine that. The REWIRED DVD probably got to a few unsuspecting souls; but for the most part it was people who knew what they were looking for.



What is going on right now with the upcoming album California? Is it a continuation of Artifact or are your fans in for something new this time?

There exists (on our website, of course, www.electricprunes.net) a 1965 CD of the band before becoming The Electric Prunes (Sanctions/Jim and The Lords). Compare that to “Too Much To Dream”, which was only about a year later and the leap in what we were doing musically is pretty amazing. California is that sort of leap up from Artifact. Artifact was a recording we made for ourselves that, in response to requests from friends/fans, ended up a limited release. Artifact was about the process, not about listening. California is, I believe, the most complete package of songs and sounds we have ever produced. It is more like the first or second album in some ways. Little picture songs. Thirteen cuts swimming in “pruenthropic vibrotwang”, including my favorite, "49 Songs" (the title comes from a young musician in San Francisco asking Peter Lewis how many songs a band needs to know to tour......hmmmmm.....49. Not 50 or 48 but 49.....note: the asker nodded and walked away like he was going home to learn them). God, I love California!

We recorded at Hole In Sky studios, a facility I set up in a guest house on my property. We record using analog equipment and “acoustic” musical instruments. The only synthesizer used at all, if you call it that, is the harmonium on “Transient Absolution.” Our process remains much the same as it was years ago, Mark and I write the songs and record a demo. We then get the band together and loosely run through the material. Once we get in the studio we start playing and, in essence see what happens. Any "effects" happen at the time of recording through the amps. We don't do a lot of direct guitar or bass recording and we do not use pro tools to mix. We do have to load our 2 track mixes into that system to master a CD; but on the way we try to keep the recording as pure as we can. The studio has always been a place for us to experiment and see what happens. Some bands like to take new material on the road, since we are not on the road that much, we prefer the studio.



We are, and always have been, a Southern California band; even though many people thought we were from Seattle. We are travelers from a time when you could tell in 16 bars where a group was from and what records they listened to. California is our attempt to give everyone a feel for what it was like being on the West Coast in 1967. We think we have managed to bring the past forward. It is about memories and futures. Part autobiographical, part fantasy. It is about music, surfing, girls, pain, pleasure, film, truth, lies, heroes, villains and music - California. Whatever appears on the CD has a special meaning to us and is associated with a time and place that, for many, is a legend, but to us is a fantastic memory and an ongoing part of our life. This album happened much like when we recorded ”Too Much To Dream”, everything seemed to fall into place. We would write something and couldn't wait to record each song. That is the best feeling....wanting to do it for the rush. An amp would feedback at just the right time. A guitar would go out of tune and somehow fit in perfectly with the track. A good example is the Tom Petty song, “Makin' Some Noise.” I heard this song on the radio while heading to Rincon (the surf beach from “Surfin’ USA”) with Peter Lewis from Moby Grape (who also sings and plays throughout the album) and thought it would be perfect for us to record in that no one is better at makin’ noise than we are. Two minutes later I would have been out of the car and in the water and the song would have come and gone without me being there. Synchronicity? I call it, California.

What is your long-range plan to promote the album this year?

Plans are in the works now for our “UNDONE Tour” of the UK and Europe starting in September. There may be some U.S. dates in the near future, but for whatever reasons, the European music audience has always seemed more interested in what we have to say than the American audience. We hope to change that with California. We are also completely redoing our website to afford people greater access to samples and information regarding this album and our tour information.



What is your opinion on posting a review on several websites opposed to having it in a few traditional print magazines? I believe that having a review on several websites increases readership ten fold, do you agree?

Print magazines are important and some of the greatest coverage we have received has been through publications like Mojo and Record Collector. However, our experience is that most print reviewers are usually more interested in how clever they can be, as opposed to actually working to listen to the music objectively. And, as I’m sure you know, it is much easier to be “clever” when trashing something. Also, a magazine gets thrown in the trash bin and that darn web stuff just seems to linger forever. A combination of print and web presence can't be beat. I say the more websites the better. Bring ‘em on. The more sites that carry a review or overview, the more chance you have of someone seeing it and possibly becoming interested in what you have to say. There is a direct link to web presence and fan base today I would think.

How do you think drugs and alcohol has affected your life, the music industry and people you have known over the years? I am sure you have witnessed many great artists’ lives destroyed due to addictions. What are you doing to stay on the straight and narrow so you can focus on your film business and reawakened recording career?

Sorry, can you repeat the question?

My grandfather used to tell me “don't get all hung up on any one thing....ANY one thing". I think the wisdom in the statement is that too much peanut butter can kill you. I have always kept a close eye on things that threaten to take my control of myself away. I like to get all "undone" as much as the next one; but there is a time to make some contribution and the thing about substance abuse is you stop making a contribution to anyone but you. THAT is boring. I used to think I played and wrote better songs stoned....until I listened to them. Everyone has their own way of working; but if I were going to play in the Super Bowl or The Masters I doubt I would be fixing a hole or lighting up a fat one beforehand. Call me square.

Does everyone in the band have their own side projects going on besides recording with the Electric Prunes? What is everyone doing these days to stay busy and make a living?

We’re musicians, we don’t make a living. If you are driven you just can't stop. I think each member has had to come to the place where this is "what you do" again. Mark and I have started Prune Twang Records as a place where we can record and release material by our group and bands that we would like to help along. Our next release will be a punk band called Epileptic Hero. The way Mark and I have justified it is that we are not likely to become Supreme Court Justices, we probably won't be the next dot com millionaires, and today we wouldn't even get to the elimination round of American Idol. So the question becomes what shrapnel do you want to leave behind? How 'bout this music about a better time in California? Yeah.

Are there any closing comments you would like make James?

The hardest part of all of this has been trying to explain to family and friends what this is about. We are not trying to recapture our youth "seventeen won't come again". We are not trying to outdo the tyranny of a couple of minor hits from the 60's. We realize no matter what we do everything will be compared to that past material. We would like to think we still have something to say. Sorry, but the world doesn't seem like it has much more figured out today than it did when we left in 1968. I thought we weren't going to get into this fix again? And what's up with that faceless crap on the radio? This music is something we know about and we had a hand in the start-up. There are so many great bands out there today and there is never a gig where I don’t find some real talent as the opening act. If there is anything we can do that makes all this past and present music come together we are for it. When the time for the hook comes, and it will, we will go off in a shower of electrical sparks. When it is over we will vaporize. We promise!

link in comments

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...