28.9.10

Teatr Pieśń Kozła


Teatr Pieśń Kozła jest jednym z najciekawszych i najbardziej znaczących przedstawicieli nowej polskiej awangardy teatralnej ostatnich lat. Zespół podróżował ze swoimi spektaklami po całym świecie i otrzymał wiele nagród.

Teatr Pieśń Kozła kontynuuje długą drogę polskiego teatru laboratoryjnego, zapoczątkowanego przez Osterwę i Limanowskiego, a tak świetnie rozwijanego przez Grotowskiego, Flaszena i Staniewskiego. Kierując swe poszukiwania w stronę sztuki aktorskiej, technik wokalnych i ruchowych, Teatr Pieśń Kozła wypracował własną, unikalną technikę pracy. Spektakle powstają podczas długiego okresu poszukiwań trwających rok lub dłużej. Każdemu kolejnemu projektowi artystycznemu towarzyszy nowa technika treningu aktorskiego, jak również pracy z głosem. W ten sposób każdy spektakl Teatru Pieśń Kozła jest inny i wyjątkowy, choć we wszystkich można zauważyć podobne podejście artystyczne, spajające ruch, głos, pieśń i tekst, które są wymiennymi elementami tak zwanej techniki koordynacji.

Teatr Pieśń Kozła został powołany w 1996 roku przez Grzegorza Brala i Annę Zubrzycki. Przez pierwsze lata istnienia zespół pracował w Ośrodku Grotowskiego we Wrocławiu. Od 2002 roku posiada własną siedzibę, XIV-wieczny refektarz w centrum miasta. Teatr Pieśń Kozła jest międzynarodowym zespołem, który współtworzą aktorzy ze Szwecji, Norwegii, Finlandii, Wielkiej Brytanii, Francji i Polski. Swoją pracą pedagogiczną i corocznie organizowanymi warsztatami przyciąga aktorów oraz reżyserów z całego świata. Teatr wypracował własną technikę pracy aktorskiej – technikę koordynacji, która jest przedmiotem podyplomowych studiów uniwersyteckich afiliowanych przez Manchester Metropolitan University z Wielkiej Brytanii. Zakończone dyplomem Master of Arts in Acting studia odbywają się co dwa lata w siedzibie teatru. Dotychczas odbyły się trzy edycje studiów (2004/2005, 2007 oraz 2009/2010).

Niezwykłość kursu polega na praktyce postrzeganej jako praca badawcza. Zasadnicza część pracy opiera się na nauczaniu technik ruchowych oraz wokalnych, które pozwalają studentom zdobyć umiejętności konieczne w ich osobistych poszukiwaniach dotyczących możliwości ciała i głosu podczas treningu i spektaklu. Praca badawcza jest nieodłącznym elemntem procesu aktorskiego, który przejawia się w indywidualnym podejściu każdego ze studentów. Następny nabór nastąpi jesienią 2009 roku.

Od 2005 roku teatr organizuje coroczny festiwal: Brave Festival. Przeciw wypędzeniom z kultury, prezentując sztukę i tradycje ginących kultur z całego świata. To festiwal ludzi odważnych, którzy mówią o tym, skąd pochodzą, jakie są ich wartości, tradycja i duchowość. Każda edycja Brave Festival skoncentrowana jest na innym aspekcie człowieczeństwa, sztuce albo regionie świata. Do tej pory odbyły się następujące edycje: „Magia głosu”, „Głosy Azji”, „Zatopione pieśni”, „Rytuał zaczyna się w Afryce”, „Modlitwy świata” i "Zaklinacze". Celem festiwalu jest zapewnienie artystom możliwości zaprazentowania ich kulturowego dziedzictwa, a także dzielenia się doświadczeniami. To festiwal ludzi, którzy nie godzą się na wzorce lansowane przez kulturę masową, ludzi, którzy szukają najgłębszych z możliwych źródeł inspiracji – inspiracji wewnętrznej. Brave Festival promuje różnorodność, wielokuturowość i pokój. Organizatorzy festiwalu wierzą, iż próba dialogu i zrozumienia odległych tradycji nie stanowi jedynego sposobu na zachowanie danej kultury. Pomocna jest również działalność charytatywna. Wszystkie wpływy z biletów Brave Festival przekazywane są organizacji Rokpa International, która prowadzi projekty edukacyjne i kulturalne w różnych częściach świata. Ideą Rokpy jest wychowywanie dzieci świadomych swojej tożsamości, aż do momentu gdy osiągną pełną dojrzałość. W ten sposób Brave Festival staje się się projektem o dużo szerszym znaczeniu, który przyczynia się do ratowania ginących kultur w sposób bardzo praktyczny i namacalny. (www.piesnkozla.pl)

Pierwszym przedstawieniem grupy Brala i Zubrzyckiej była "Pieśń Kozła – dytyramb" (1997), która w warstwie muzycznej nawiązywała do starych pieśni z regionu greckiego Epiros, Albanii i Rumunii, do żałobnych, greckich lamentacji oraz do tradycji Madinados - muzycznych improwizacji poezji pochodzących z Krety. Fabuła spektaklu została zaczerpnięta z "Bachtanek" Eurypidesa. Z tej mieszanki grupa starała się wywołać ducha antycznego widowiska.

W 2001 powstał następny spektakl Teatru Pieśń Kozła zatytułowany "Kroniki - obyczaj lamentacyjny". Tym razem zespół sięgnął do spuścizny tradycji pieśni pogrzebowych, skupiając swoją uwagę na muzycznej i głosowej strukturze lamentów. W warstwie fabularnej przedstawienie inspirowane było historią Gilgamesza - legendarnego władcy sumeryjskiego.


„Lacrimosa” jest trzecim spektaklem Teatru Pieśń Kozła. Zamyka etap pracy zespołu nad mitami. Trzy kolejne spektakle na różne sposoby mówiły o „micie ofiarniczym”. „Lacrimosa” mówi o tym, że jeden człowiek daje sobie prawo do tego, aby złożyć w ofierze życie drugiego człowieka. Mówi o tragicznej ludzkiej uzurpacji i postawieniu się na równi z Bogiem. „Lacrimosa” zbudowana jest na kanwie literackiej „Mszy za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego, ale przywołuje też kilka cytatów z „Braci Karamazow” F. Dostojewskiego oraz „Apokalipsy św. Jana”. W warstwie muzycznej przywołuje motywy z „Requiem” W.A.Mozarta. W obszarze działań fizycznych spektakl został zainspirowany kultem „Anastenariów”. Kultem o starożytnych korzeniach, którego praktykujących nazywa się „tymi, którzy chodzą po ogniach”. Jest to kult o greckim rodowodzie, jeden z niewielu wciąż praktykowanych kultów opętania w Europie.


„Macbeth”, będący owocem współpracy z Royal Shakespeare Company, to kolejny eksperyment Teatru Pieśń Kozła. Stanowi próbę odkrycia muzyczności w poezji Szekspira i odnalezienia korzeni tragedii. Poszukując kolorów i dźwięków szekspirowskiego języka, aktorzy starają się zgłębiać naturę dramatu. „Lacrimosa” zamknęła etap pracy zespołu nad mitami. „Macbeth” jest wyrazem zainteresowania tragedią (nazwa grupy - z greckiego „tragon ode” – pieśń kozła), otwierając jednocześnie nowe obszary poszukiwań. Pierwszy pokaz pracy nad projektem „Macbeth” odbył się w lutym 2007 roku w Swan Theatre (Royal Shakespeare Company) w Stratford-upon-Avon podczas festiwalu Complete Works. Spektakle w Teatrze Pieśń Kozła, mimo że zwane premierowymi,to w rzeczywistości prezentacje pracy nad wciąż ewoluującym spektaklem. Widzowie są zatem świadkami procesu poszukiwania nowych znaczeń i możliwości ekspresji. W spektaklu bierze udział międzynarodowy zespół aktorów z Anglii, Finlandii, Szkocji, Walii i Polski.


Najnowszy projekt Teatru Pieśń Kozła z 2009 roku to „Pożądanie w cieniu wiązów” według sztuki Eugene O’Neilla. Jest to pierwszy spektakl dramatyczny Teatru Pieśń Kozła w całości skoncentrowany nie na muzyczności czy ruchu, lecz na słowie. Porusza tematykę rodziny, jej tajemnic, nadużyć, bólu, cienia i tabu. To sztuka o uniwersalnym charakterze, ponieważ jej kluczowe aspekty dotyczą nas wszystkich. Kolebka biologicznego życia jest miejscem, w którym rodzi się wszelkie zło i wynaturzenia. Mroczne sekrety tkwią w każdej rodzinie. Staje się ona siedliskiem największego ludzkiego cierpienia, zamiast przyczyniać się do rozwoju jednostki. „Pożądanie w cieniu wiązów” w reżyserii Grzegorza Brala to spektakl wielowarstowy – kolejny teatralny palimpsest. Pozornie prosta historia i świetnie skonstruowane postaci stają się pretekstem do zadawania istotnych pytań. Na ile konstrukcja literacka jest gorsetem dla aktora? Czy emocje odgrywane na scenie nie stają się w pewnym momencie czymś oczywistym i naturalnym? Postaci dramatu tworzą więzi tragiczne, aktorzy wcielający się w swoje role próbują natomiast nawiązać kontakt z widzem. Wyobraźnia podpowiada im, gdzie się w danej chwili znajdują, w jaki sposób przekazać uczucia odgrywanych postaci. Dzięki minimalistycznej scenografii i prostym kostiumom dramat rozwija się tak naprawdę w wyobraźni aktora i widza.


Teatr Pieśń Kozła (Song Of The Goat Theatre), which was founded in 1996 by Grzegorz Bral and Anna Zubrzycki, has been hailed by many as the most exciting and innovative of the new theatre movements in Poland. It continues the long tradition of Polish ensemble theatre work and, through its dedication to ongoing research in the actor’s craft and its vocal and movement techniques has created a unique performance style.


link in comments (of course)

27.9.10

Daevid Allen Trio - Live (1963)



Live 1963 – album zespołu The Daevid Allen Trio nagrany podczas koncertu w klubie Marquee w czerwcu 1963 r. W grudniu 1962 r. w obszernym apartamencie Daevida Allena (i jego pierwszej żony Kay Calvert) w Belsize Park w Londynie zamieszkali Kevin Ayers, Ted Bing (fotograf), Robert Wyatt i Hugh Hopper. W bardzo krótkim czasie Daevid, Robert i Hugh założyli The Daevid Allen Trio.

Gusty muzyczne członków zespołu: Ornette Coleman, Cecil Taylor i inni przedstawiciele "nowego jazzu" wskazywały, że chociaż dokładnie w momencie powstania zespołu "Please Please Me" grupy The Beatles okupowało pierwsze miejsce na listach przebojów, ich muzyka będzie zupełnie inna. To, co ich interesowało, to jazz i poezja.

Chociaż Robert Wyatt dysponował tylko połową zestawu perkusyjnego stosunkowo szybko rozpoczęli koncertować. Już pod koniec maja 1963 koncertowali w "The Establishment Club" i kontynuowali występy w czerwcu.

W tym czasie znani poeci Mike Horowitz i Pete Brown prowadzili swój eksperymentalny program łączący jazz z ich poezją, który nazwali "The New Departures". Obaj byli już bardzo znanymi postaciami; w 1961 r. reprezentowali nawet Wielką Brytanię na Biennale Paryskim. W ich projektach brali udział najwybitniejsi ówcześni muzycy, m.in. Graham Bond, Dick Heckstall-Smith, John Surman, Vincent Crane, John McLaughlin, Pete Bailey etc.

Klubem całkowicie otwartym wówczas na wszelkie eksperymenty był, jeszcze wtedy jazzowy, klub Marquee. We wtorki odbywały się tam koncerty "The New Departures".

Prawdopodobnie 3 czerwca 1963 r. w klubie Marquee odbył się koncert The Daevid Allen Trio – wzmocnionego przez Mike'a Ratledge'a – w ramach projektu Browna i Horowitza. Materiał nagrany podczas tego występu został wydany na omawianym CD.

W wyniku tego koncertu, trio zostało ponownie zaproszone do udziału w projekcie "The New Departures" i klika tygodni później wystąpiło w Institute of Contemporary Art, który był najważniejszym centrum wszelkich nowoczesnych form sztuki. Podczas występu obecny był na widowni William S. Burroughs.

Jednak ani występy w The Establishment Klub, ani występy w Marquee, ani też występ w Institute of Contemporary Art nie zaowocowały zainteresowaniem się triem przez promotorów. Daevid mimo wszystko próbował rozwijać te muzyczno-poetyckie koncepcje we własnym klubie w Hampstead, jednak bez efektu.

Grupa rozwiązała się. Allen wyjechał do Paryża, gdzie reprezentował Australię na Paryskim Biennale w 1963 r. Hugh Hopper powrócił do Canterbury. Robert Wyatt pozostał w Londynie i pracował w kuchni Institute of Contemporary Art. (wikipedia)

Daevid Allen - gitara, recytacja, poezja
Hugh Hopper - gitara basowa
Robert Wyatt - perkusja
Mike Ratledge - pianino

One must not judge this historic musical document by pointing out neither the poor sound quality nor the band's performance overall.

While a Bootleg is an unofficial recording made almost exclusively at the band's peak of popularity, this is a testament of an historic moment in the history of British Rock.

Before Soft Machine (labeled as one of the precursors of Prog Rock), before Caravan. Even before The Wilde Flowers, there was The Daevid Allen Trio. We can securely trace back the beginnings of the Canterbury Scene to this particular recording and that is the main point of this recording.

By 1963 Allen had just met his landlord's 16 years old son, Robert Wyatt and, along with Hugh Hopper (or was it Kevin Ayers?)were very much into free jazz from the likes of Sun Ra. Allen was experimenting with Beat poetry by the likes of Ginsberg and Burroughs hence the poem like lyric structure over a pandemoniac free jazz groove.

This is definitely a piece for die hard Canterbury fans and completitionists, however, it should be viewed not as a mere bootleg but as an important piece of a musical puzzle named The Canterbury Scene.

link in comments

26.9.10

The Haunted (1967)





Mało znany, ale bardzo ciekawy zespół kanadyjski. Grają typowy garaż. Wśród tysiąca innych grup nieco zapomniany, a szkoda. Dlatego go odkurzamy.

***

In early 1965, from Chateugay near Montreal, Quebec, Canada, Jurgen Peter (rhythm guitar) joined up with Bob Burgess (vocals), Al Birmingham (lead guitar), Glenn Holmes (bass), and Peter Symes (drums) to form The Haunted. Besides Jurgen Peter, the other constant band member through most of its six year history was lead guitarist Al Birmingham.

The Haunted entered in a local Battle of the Bands (The Hopsville Battle of the Bands) contest at the Montreal Forum sponsored by Quality Records. With only two 20-minute slots with which to prove their mettle, one inconveniently scheduled in the mid-afternoon and the other in the very early evening, and with the ripe competition including The Staccatos, David Clayton-Thomas & The Fabulous Shay, featuring future Blood, Sweat and Tears singer David Clayton-Thomas, J.B. and the Playboys, The Haunted wowed the crowd, winning studio time leading to the release (just several weeks later) of their classic Garage "1-2-5".

With its straight-up Farfisa Compact Organ /harmonica girding Bob Burgess charmingly amateurish vocal, "1-2-5" is about as Garage as you can get, and the harder-hitting floor-filler "Eight O'Clock in the Morning" rounds things off nicely on the flip, making this one fine and auspicious debut.

Bob Burgess" said: "We showed up and that was it; the place went nuts. There was something there they saw that they liked."

"1-2-5", penned by Bob Burgess and Jurgen Peter, was nailed in one take, without overdubs, in only a few hours, Al Birmingham said. The flip side, "Eight O'Clock This Morning", was similarly rushed.

To this day, friendly disagreements exist about whether the track could have been better. Al Birmingham said he likes it just the way it is. "If you're into the Garage thing, that's what it was all about", he said. "It was raw. It was live. Showtime – that's it".

Jurgen Peter, however, insisted that the lack of money spent by the label shows in the record – to its detriment."You'd hear these American productions on the radio and then the DJ would say 'OK, here’s 1-2-5 by The Haunted', and this thing came on, sounding like it was being played in a tin can", he said.

The Lo-fi sound, however, didn't stop the 45 record – released in April, with the group's name misspelled as The Hunted – from selling 8,000 copies within a few weeks of its release.
Ironically, the later pressing with the band's name correctly spelt are now more difficult to locate.

Ultimately, the single ended up in the No. 2 spot on "CFCF's Top 40", with "Paint It, Black" by The Rolling Stones at No. 3 and "Monday, Monday" by The Mamas and The Papas sitting at the top of the chart. Not too shabby for a song that was about 'a hooker and drugs', according to Bob Burgess.

One verse of the song was too raunchy for the label and had to be excised, although an alternate pressing released in the United States on the "Amy Records" includes the offending verse.

"1-2-5"/"Eight O'Clock In The Morning", Quality Records 1814 (Can) and Amy Records 959 (US) was a hit in Canada in April 1966 and was subsequently released in U.S., Australia and some European countries.

A second single on Quality Records, a Fuzz-tone-drenched, attitude-heavy cover of Them's "I Can Only Give You Everything" solidified their local cultdom but after heavy touring on the Ontario/Quebec club circuit, Bob Burgess ultimately left the band to be replaced by Johnny Monk.

Jurgen Peter is clearly still puzzled by the accepted wisdom that he and Bob Burgess had a falling out, pointing out that the vocalist did return to play on the album, even though he didn't sing.

"Everybody says Bob left because of an argument, but I never believed it", Jurgen Peter said. "He wanted to play his own type of music". Bob Burgess" had a different take. Jurgen and I almost came to blows", he said. "It was like being at work, with people telling you what to do. I said 'OK, I'm out of here".

Exit Bob Burgess, to join "Our Generation". Enter Johnny Monk, a bluesy belter from north-end rockers The Bohemians (not New Yorker's The Bohemians). Catching The Haunted live at the Manoir in N.D.G. and unimpressed with the temporary singer they were using, Johnny Monk collared Jurgen Peter. "I walked up to Jurgen and said 'I'm the best singer in the city. You've gotta hear me'", Johnny Monk said. "They gave me a shot. I went to the (theater) where they were rehearsing. I sang four or five songs and I was in the band. It was as simple as that". To press some full-length wax with Trans-World Records The Haunted switched labels – and singers.

The Haunted's self-titled LP, "The Haunted" on Trans-World Records 6701 , was issued in 1967.
Their music was mostly original, but there were some covers, too. The album included their first ("1-2-5" was re-recorded with "Bob Burgess"' rough-hewn amateurism replaced by Johnny Monk's more textured pipes, but it is this original that is the Garage land classic hands down) and third 1967 ("Searching For My Baby"/"A Message To Pretty" Trans-World Records 1674) singles.

The Yardbirds impact can be heard on the original "Horror Show", and other Blues-based Fuzz-guitar-organ-and-harmonica rockers, including a good cover of Them "I Can Only Give You Everything".

The Haunted covered also "The Tams" with "Untie Me", The Rolling Stones with "Out of Time" and Love with "A Message to Pretty". But like so many regional success stories, the tale quickly fades out like an old single. The Haunted went on to play steady gigs, keeping up their local profile and expanding into the francophone market, in cities like St. Hyacinthe, Quebec City and Drummondville.

Johnny Monk agreed: "We started playing arenas right across Quebec – an English band in a French market – and they loved us", he said. But by the time of the group's last single in 1968 ("Land Of Make Believe"/"An Act Of Leisure" Trans-World Records 1702) the Garage sound had been converted into Cream/Hendrix-styled ballroom Acid Rock.

Their French-language covers of The Music Machine "Talk Talk" and Jimi Hendrix "Purple Haze" are a good laugh. By then, Birmingham had left the band – without acrimony, he said. "I do have one regret – that we never discovered Marshall amplifiers", he joked, referring to the deafening amps favoured by Jimi Hendrix and The Who in the 1960s.

"Things started to get shaky when we started changing members more and more", Jurgen Peter said. "I couldn't see myself another six or seven years playing the same gigs over and over again. The enthusiasm and interest in playing started to thin out – even though we were always assured of a packed house".

The tale of The Haunted ends – in 1971 – without a dramatic departure or anger-filled breakup.
"I don't remember any bad times", Bob Burgess said. "Everything I remember is the humour, the playing and the great gigs when you knew the band was really on".

The band grew to be one of the most in demand bands in Canada for the balance of the 1960s and into the early 1970s. Jurgen Peter decided to fold the band in 1971, commenting as follows: "We were the most sought after and highest paid Canadian band for many years. When I folded the band in 1971, I had to cancel a whole year of advance bookings and it cost me a fortune in lawyer's fees to get out of some of them". At the time of the breakup, The Haunted had a loyal fan club with thousands of members.

This stuff I found on some other blogger which name I don't remember.

link in comments

23.9.10

Motörhead - Rare Deluxe Leather Digipack (1977)



Motörhead - brytyjska grupa muzyczna powstała w 1975 roku z inicjatywy basisty i wokalisty Iana "Lemmy'ego" Kilmistera, który pozostaje jedynym stałym członkiem grupy. Grupa odniosła sukces komercyjny w latach 80 XX wieku, natomiast jej albumy Overkill, Bomber oraz Ace of Spades stały się inspiracją dla wielu wykonawców z nurtu heavy metal. Kilmister mimo kategoryzacji w gatunkach thrash i speed metal na którego rozwój wywarł wpływ określa muzykę Motörhead jako rock n' roll.

Grupa w swej twórczości porusza takie zagadnienia jak wojna, zło, dobro, seks czy uzależnienia, ponadto posiada charakterystyczne logo o nazwie Snaggletooth, którego autorem jest artysta Joe Petagno.

Zespół został założony przez Lemmy'ego Kilmistera (gitara basowa, śpiew) do którego dołączyli Lucas Fox (perkusja) oraz Larry Wallis (gitara) w 1975 roku jako Bastard. Motörhead wyrósł na doświadczeniach basisty, ale zdecydowanie odcinał się od tego, co grał Hawkwind, czyli jego poprzedni zespół. Motörhead charakteryzowała prosta i ostra muzyka przywołująca wprost ducha rock and rolla, przez co grupa zdobyła popularność zarówno wśród zdeklarowanych fanów heavy metalu, jak i punk rocka. W 1977 roku ukazał się debiutancki album grupy zatytułowany Motörhead. Dwa lata później ukazał się album pt. Overkill, a następnie tego samego roku album pt. Bomber oraz On Parole zawierający nagrania z sesji z roku 1975. W 1980 roku ukazał się piąty album grupy zatytułowany Ace of Spades. Tego samego roku ukazały się również dwa minialbumy grupy pt. The Golden Years oraz Beer Drinkers and Hell Raisers. W 1981 roku ukazał się trzeci minialbumy grupy pt. St. Valentine's Day Massacre. Rok później ukazał się album Iron Fist. Rónież w 1981 roku ukazał się pierwszy album koncertowy zespołu pt. No Sleep 'til Hammersmith. W 1982 roku ukazał się minialbum pt. Stand by Your Man. W 1984 roku ukazała się pierwsza kompilacja nagrań zespołu pt. No Remorse. W 1983 roku ukazał się album pt.Another Perfect Day.

W 1986 roku wydany został ósmy album zespołu pt. Orgasmatron. Rok później ukazał się album Rock 'n' Roll . W 1988 roku ukazał się drugi album koncertowy pt. No Sleep at All. W 1991 roku po czterech latach przerwy ukazał się album 1916 . W 1992 roku ukazał się album pt. March ör Die oraz minialbum 92 Tour EP. W 1993 roku ukazał się album Bastards. Dwa lata później wydany został trzynasty album grupy pt.Sacrifice. W 1996 roku ukazał się album Overnight Sensation. W 1998 roku ukazał się album Snake Bite Love. Rok później ukazał się trzeci album koncertowy zespołu pt. Everything Louder Than Everyone Else. W 2000 roku ukazał się album We Are Motörhead , tego samego roku ukazały się również trzy kompilacje nagrań pt.The Best Of, The Chase Is Better Than The Catch oraz Over The Top - The Rarities. W 2001 roku ukazała się piąta kompilacja nagrań grupy pt. All The Aces. Rok później ukazał się album Hammered. W 2003 roku ukazał się czwarty album koncertowy zespołu pt. Live At Brixton Academy The Complete Koncert. W czerwcu 2004 roku wydany został osiemnasty album zespołu pt. Inferno. 29 sierpnia 2006 roku ukazał się album Kiss Of Death.



Nagrania zostały zarejestrowane w Paramount Studios w Los Angeles we współpracy z producentem muzycznym Cameronem Webbem. W ramach promocji do utworu "Be My Baby" został zrealizowany teledysk. Wydawnictwo było promowane m.in. podczas eurpejskich koncertów w Hiszpanii, Francji i Holandii.

W sierpniu 2008 roku ukazał się dwudziesty album zespołu zatytułowany Mötorizer. Pierwszy utwór z albumu zatytułowany "Runaround Man" został oficjalnie zaprezentowany 11 lipca tego samego roku w audycji Friday Rock Show prowadzonej przez Bruce'a Dickinsona na antenie stacji radiowej BBC 6 Music. Płyta dotarła do 82. miejsca listy Billboard 200 w Stanach Zjednczonych, z kolei w Wielkiej Brytanii Mötorizer uplasował się na 32. miejscu. W styczniu 2010 roku oficjalna biografia formacji zatytułowana "Motörhead: in the Studio", a napisana przez Jakea Browna oraz Iana "Lemmy'ego" Kilmistera została nominowana do nagrody Association for Recorded Sound Collections Awards w kategorii Excellence in Historical Recorded Sound Research. W kwietniu tego samego roku podczas ceremonii rozdania nagród Revolver Golden Gods Awards lider zespołu został uhonorowany nagrodą Revolver Golden Gods Lifetime Achievement. Natomiast w sierpniu Kilmister otrzymał nagrodę Vegas Rocks! Lifetime Legend w ramach Vegas Rocks! Magazine Awards. (wikipedia)

Od siebie tylko pozostaje mi dodać, że pod koniec lat 60-tych Lemmy współtworzył bardzo ciekawy zespół Sam Gopal .... Taaak .... to kawał historii ..... Prezentowane nagrania zostały dokonane dla legendarnej wytwórni Chiswick w 1977 roku.



First things first! Motörhead are, were and always be a true, filthy, dirty, take no prisoners Rock N Roll band! No heavy metal, no thrash (even though their influence is more than obvious), no shit! The same thing for AC/DC! I can't stand people talking about these two over the top bands as metallers! I have no problem with heavy metal and the sub-genres of it. There are bands from this kind that are true ass kickers. But Lemmy, Fast Eddie, Filthy "Animal" Taylor, Angus and Malcolm Young or Bon Scott had nothing in common with these guys that wear swords and talk about dragons, castle battles or burning churches! Ok? Unless every one that having long hair and wearing a leather jacket is a metalhead...

This album was the landmark of a new direction in this 4/4 frenetic steamroller called Rock N Roll! Sloppy genius is the best description for it. Their loose attitude and image, something between Hell's Angels and Teddy Boys, with skin tight jeans, swastikas and iron crosses, cigarettes and booze, attracted every single fanatic of a music that seemed to died with the coming of the hippies. Little Richard on speed played the bulkiest way you might hear it, even today! United Artists at first signed them and recorded an album that stayed on the vaults until the 1979 ("On Parole") when the heads start making sense and bring money to the companies. The legendary label of Chiswick gave, them and the world the chance that needed and the rest is history! I personally want to thank Ted Caroll for what he ever done for rock n roll with his companies (Ace is one of the few labels around that RESPECT rock n roll!) and especially for saving Motörhead!



The music press hated it but against all squares of this world, sell enough to keep them alive! The first "FUCK YOU" by Lemmy and Co. was an undeniable truth! It came out on the era of punk rock and even though there was a LOT of denial for groups that had long hair (ok here's some misconception...The Ramones or the Dolls had short spikey hair?) punks liked it; cause punk was nothing else but the Second Coming of rock n roll. Anyway, all enemies ate shit and died! Motörhead continues to this day to raise hell and if you ever haven't see them on a concert then.... you should! (whitetrashsoul.blogspot.com)

link in comments

22.9.10

Snakefinger - Chewing Hides the Sound (1979)


Philip Charles Lithman (1949-1987)  to występujący pod pseudonimem Snakefinger brytyjski kompozytor, gitarzysta oraz skrzypek awangardowy. Poczatki jego muzycznej kariery to rok 1971, kiedy opuszcza rodzinny Londyn i  przenosi się do Stanów Zjednoczonych, gdzie w San Francisco nawiązuje współpracę z zespołem The Residents. Podobno,  to właśnie oni nadali mu  wtedy przezwisko Snakefnger, które odtąd przylgnęło do niego na dobre. W 1972 roku decyduje się na powrót do Anglii i wkrótce zakłada pub-rockowa grupę pod nazwą Chilli Willi & The Red Hot Peppers,  wraz  z którą nagrywa dwa albumy. Muzycy rozstają się jednak w 1975 roku, po tym jak ich druga płyta nie odnosi większego sukcesu. W roku następnym Snakefinger był już z powrotem w Stanach Zjednoczonych, tym razem w swoich twórczych poszukiwaniach ląduje w Los Angeles. Nie zagrzewa tu jednak zbyt długo miejsca i wraca do San Francisco, by ponownie występować i nagrywać z The Residents. Po pewnym czasie decyduje się jednak na realizowanie  swych pomysłów pod szyldem Snakefinger, konsekwencją czego było wydanie czterech bardzo interesujących     albumów studyjnych, z czego dwa pierwsze powstały przy wsparciu członków The Residents. Zróżnicowany materiał na tych płytach ciężko jednoznacznie zdefiniować, mamy tu sporo eksperymentalnego brzmienia, wpływy awangardy a nawet nowej fali. Nie poprzestaje przy tym oczywiście wyłącznie na nagrywaniu, w międzyczasie również z powodzeniem koncertuje po całym świecie. Niestety,  twórczość tego wszechstronnego artysty przerywa w 1987 roku śmiertelny atak serca, który ma  miejsce podczas europejskiej trasy w Austrii.



Philip Lithman  led a schizophrenic career, trying to make his way out of obscurity into the light of mainstream success, but then found a living as a valued sideman to the most obscure pop group of the '70s and '80s: the Residents. His dramatic, slanted runs up the fretboard have its antecedents in the British blues scene and art rock, most particularly Robert Fripp and Fred Frith (the latter also lending guitar to Residents  recordings); his fingerwork earned him the nickname "Snakefinger." In the end, he died (suddenly, of a heart attack) while in limbo: not weird enough for the Residents, not normal enough for chart success or critical recognition.

Born in London, England, in 1949, Lithman was coming of age in the psychedelic scene, but picked up the more menacing vibe that was permeating the last two years of that decade. In 1971, a 22-year-old Lithman came to San Francisco and met up with a strange group of art terrorists that would become the Residents. He accompanied the group for their two live appearances, as well as raising hell on live radio, playing violin in a screeching, free jazz joke. People dug it, but Lithman returned to England the following year, playing on two albums in the band Chilli Willi and the Red Hot Peppers with his friend Martin Stone (two of the members, Nick Lowe and Pete Thomas, would go on to fame working with Elvis Costello). When the group disbanded, Lithman returned to America, and settled in Los Angeles, where he shopped around demos for two years, trying to break into the mainstream rock scene in the style of the Eagles, Jackson Browne, and other soft rock standbys. Both Warner Bros. and RCA rejected him. In 1978, he returned to San Francisco and in the middle of shopping around another demo, reunited with his old friends, the Residents. The college-age pranksters had grown into a bizarre band with a cult following and their own label and now had a desire to add other artists to their label's roster - Snakefinger had returned. For two years, the Residents co-wrote and produced two Snakefinger albums (Chewing Hides the Sound and Greener Postures), a single "The Spot," and featured him on their albums Duck Stab and The Commercial Album. He also seared the ears with his unforgettable solo on their cover of "Satisfaction" - it needs to be heard to be believed. The solo albums, while a critical success (Chewing received a "classic" rating in the 1983 Rolling Stone Record Guide), seemed more about the Residents than Snakefinger: the similar demented pop of Duck Stab, the singsong lyrics, the weird and cool imagery. Given a chance, Lithman's Brit Rock purisms would leak out; in 1983 he toured, playing blues covers. In the early '80s, while the Residents were engulfed in touring, he formed a band, the Vestal Virgins, with members of Pere Ubu and assorted Bay Area groups, and recorded a third album, Manual of Errors. Here was a breakthrough - with only a few songs co-written with the Residents, Lithman could make it as a true solo artist. In 1985-1986, Lithman returned to play a world tour with the Residents, documented on at least three releases as the 13th Anniversary Tour. This is a terrific example of Snakefinger's work - delicate slide work, menacing, distortion filled guitar (often in the same song). That year also saw the release of his most mature work to date: Night of Desireable Objects, recorded with the Vestal Virgins. The eclectic album represented the varying influences at work in Lithman's career, from Nino Rota and Miles Davis to folk and art pop. The Virgins hit the road for a support tour. On July 1, 1987, after a concert in Linz, Austria, Lithman suffered a fatal heart attack. The Residents, who were scheduled to use Lithman on their upcoming God in Three Persons album, composed music for his funeral (later released on Snakey Wake). Since 1987, the Residents have kept Lithman's memory alive through re-releases of his Ralph Records material, including a B-sides collection. (Ted Mills)

link in comments 

21.9.10

Lee Scratch Perry - Scratch Came Scratch Saw... (2008)



Lee "Scratch" Perry urodził się w 1939 roku na Jamajce. Próbował swoich sił zarówno jako wykonawca, jak i producent. "Wychował" dwa pokolenia muzyków, a jego najwybitniejszym uczniem był Bob Marley. Lee Perry (znany również jako "Little", "Pipecock Jackson", "The Gong", "The Upsetter") rozpoczął swoją karierę sprzedając płyty Clementa Dodda. Później, gdy ten założył Studio One, podjął tam pracę aranżera i łowcy talentów, którą wykonywał wraz z Jackiem Mittoo. Swojemu pierwszemu singlowi, "Chicken Scratch", Perry zawdzięcza pseudonim.

W 1968 roku kłótnia na tle finansowym spowodowała, że Perry opuścił Studio One i rozpoczął pracę u Joe Gibbsa, zakładając wytwórnię Upsetter. W 1969 roku singel "Return Of Django" nagrany przez jego podopiecznych - The Upsetters (w składzie znaleźli się m.in. Aston i Carlton Barret) - znalazł się na brytyjskiej liście przebojów. Za uzyskane z jego sprzedaży pieniądze Perry urządził studio Black Ark, gdzie na czterośladowym magnetofonie nagrywał najbardziej awangardowe płyty reggae lat siedemdziesiątych. Pod opieką Perry'ego zdobywali doświadczenie m.in. The Wailers, The Heptones, Augustus Pablo, Junior Murtancki, czy Max Romeo.

Współpraca Perry'ego z punkrockową grupą The Clash zaowocowała singlem "Complete Control", który cieszył się sporym powodzeniem. W 1978 nagrał z Bobem Marleyem utwór "Punky Reggae Party". Rok później przeprowadził się do Wielkiej Brytanii, a następnie do Stanów Zjednoczonych. W latach 1978-81, do dnia śmierci Boba Marleya, występował i nagrywał z nowojorską grupą reggae Terrorists, założoną przez Dro Ostrowe'a i Garry'ego Schiessa. Współpraca ta zaowocowała m.in. maxi-singlem "Love Is Better Now".

Pod koniec lat 70. spłonęło studio Black Ark. Perry oświadczył, że pożar spowodowała wadliwa instalacja elektryczna, lecz pojawiły się opinie, że winę za to ponosi sam muzyk, który pod wpływem narkotyków sam podłożył ogień. W latach 80. Lee rozpoczął współpracę z brytyjskimi producentami Adrianem Sherwoodem i Neilem Fraserem (znanym szerzej jako Mad Profesor). Wtedy też jego kariera muzyczna zaczęła wracać na dobre tory.

"Scratch" odstawił na dobre alkohol i narkotyki. W jednym z wywiadów przyznał, że chciał sprawdzić, czy to dym tworzył muzykę, czy też on sam. W następnej dekadzie powstało sześć płyt będących wynikiem współpracy Perry'ego z Mad Profesorem. Były to krążki: "Black Ark Experryments" (1995), "Experryments At The Grass Roots Of Dub" (1995), "Super Ape Inna Jungle" (1995), Who Put The Voodoo Pon Reggae" (1996), "Dub Take The Voodoo Out Of Reggae" (1996) oraz "Dub Fire" (1998). Producent działał też na własną rękę, wydając solowe płyty: "Lord God Muzik" (1991), "Sounds From The Hotline" (1991), "The Upsetter and The Beat" (1992), "Excaliburman" (1992), "Spiritual Healing" (1994) i "The Original Super Ape" (1998).

Nową dekadę Perry rozpoczął od wydania krążka "Son Of Thunder" (2000). Dwa lata później powstała płyta "Jamaican E.T.", która przyniosła mu nagrodę Grammy. W 2003 roku Lee sygnował swoim nazwiskiem trzy projekty: "Earthman Skaning", "Encore" oraz "Alien Starman". (Anna Kokot)



Dealing with eccentric geniuses in pop music is always a tricky thing: you can love the work of Sun Ra or Kool Keith or Jandek on purely musical terms, but there's also an undercurrent of lunacy tourism to some peoples' appreciation of them. For those folks, the appeal of the musician's bizarre personality and alleged craziness overwhelms the legit brilliance, turning it from a sideshow into the main attraction. Lee "Scratch" Perry has hovered on the periphery of that divide since the end of the 1970s: as much deserved recognition as he gets for his production innovations, there's also the "he burned down his studio, man" aspect of his legend, the stories and rumors that tend to depict him as a cannabis-fueled goof-off and, with age, a sort of crazy-grampa oddball persona as well.

Scratch Came, Scratch Saw, Scratch Conquered-- the second album Perry has released in the span of two months, coming shortly after the Andrew W.K.-produced oddity Repentance-- should suit fans of Scratch-as-weirdo just fine. His role on this album is in a purely vocal capacity, and even if his voice is mostly preoccupied with croaking out stream-of-consciousness mutterings and aimless non-sequitirs, he still shoots off a few good lines: Opener "Having a Party" invokes "A skeleton from outer space/ With his Remington in his suitcase," and when he gets abstractly spiritual on tracks like "The Game Black" and "Saint Selassie", he seems to harbor a compellingly odd sort of mysticism. And there's still a mischievous spark in his ragged, aging voice, gentle and reserved as it frequently is.



Thing is, he still spends most of the time on Scratch Conquered blue-skying from phrase to phrase in odd moments of free-association-- which isn't bad in and of itself, except when he loses the plot and kind of half-asses it, which is often. Sometimes this aimless randomness is funny, when he concludes "Yee Ha Ha Ha" with shout-outs to New York City, California, Chicago, Wisconsin (!) and "Texas Town"-- which he then appends with a softly-mumbled "George Bush", to the accompaniment of cowboy-movie gunshots. Too bad he repeats that same travelogue almost verbatim (sans W. shoutout) in "Once There's a Will There's a Way". He also tends to ruminate on the same brief snatches of phraseology about banks, money, politicians, and assorted "sinful fuckers," invoking them over and over without making much of it really cohere past the three-word soundbite level.

And if you consider that just Scratch being Scratch-- well, he's being Scratch over some pretty ordinary reggae. Producer John Saxon is stingy with the dub signifiers, and with the exception of the knife-sharpening, melting-synthesizer rhythm on "Jealousy" and the otherworldly skank to "Scratch Is Alive", there's little sign of the percussive experimentation, thick slabs of bass, or echo-chamber deepness one would hope for from a Lee "Scratch" Perry record. It's not really bad, per se, as far as roots-revival reggae goes; it's at least tightly arranged and boasts a good horn section, which would make it a fine record for someone like Jimmy Cliff to sing over. And despite a couple of gratuitous famous-peer-driven genre experiments thrown in-- George Clinton joining in for the spaceman-summit funk jam "Headz Gonna Roll", Keith Richards adding some late-period Stones guitar entropy to "Heavy Voodoo" and "Once There's a Will There's a Way"-- none of these collaborations really feel as momentous as they should. Without the important musical half of Perry's bizarre genius, the one that proved there was plenty of creativity behind his peculiarity, Scratch Conquered is a hollow experience where most of the enjoyment depends on how much you like the idea of one of popular music's strongest visionaries reduced to a novelty act just dicking around. (Nate Patrin)



Few musical geniuses this side of Sun Ra are as eccentric and self-mythologizing as Lee "Scratch" Perry, the Jamaican producer, performer and DJ whose pioneering work helped shape punk, dub and rap. As far as being out there goes, Perry's latest album, his umpteenth in a career that spans four decades, never fails to disappoint -- or delight.

"Hallo hallo, this is a skeleton from outer space having a party," he announces to open the record, after which, over reggae rhythms and a juking saxophone, he exhorts those gathered to "funk [their] funk" and "drink [their] drink." Everyone from Marcus Garvey and Bob Marley to international bankers and an enigmatic character named Shotgun, he promises, will be there.

Next up is "Heavy Voodoo," an incantatory number featuring serpentine guitar fills from Keith Richards. Here again, Perry doesn't so much perform as preside, holding forth like a ganja-inflamed priest while a stirred-up soul sister moans in the background.

Mystical and apocalyptic undercurrents run throughout the record, with several of them, such as Perry's injunctions against corrupt politicians, pronouncing judgment on the wicked. "The Game Black" sounds a similar note over Eastern European melodies played on accordion and clarinet.

"Headz Gonna Roll," with its refrain of "chop chop chop," includes ghostly warnings from the ubiquitous George Clinton. Equal parts dadaism and Rastafarianism, Perry's woozy meanderings might not be for everyone, but the abundance of natural soul evident here, from the slinky Afro-beat of "Scratch Is Alive" to the echo-laden dub of "Jealousy," is undeniable. (Bill Friskics-Warren)

link in comments

20.9.10

Ewa Szczawińska - wiersze



Ewa Szczawińska urodzona w Warszawie w 1977r. pod znakiem Wagi. Absolwentka Wydziału Polonistyki UW z 2005 roku, od najmłodszych lat zafascynowana sztukami plastycznymi, działająca na niwie malarstwa i rysunku. Miłośniczka kanonu romantycznego, modernizmu i surrealizmu spod znaku Salvadora Dali, wychowana na punk rocku. Amatorka czarnej kawy i chińskiej kuchni oraz mistrzyni "dzielenia włosa na czworo". Owocem fascynacji ezoteryką, magią, filozofią, religioznawstwem i wycieczkami w głąb siebie stał się tomik wierszy wydany przez Wydawnicwo ŁośGraf.

Obrazy Autorki.



JAZZ

I.

Znałam mężczyznę w wieku dojrzałym
(kwitły kasztany, maił się bez)
Był romantyczny, nieco nieśmiały
i nade wszystko uwielbiał jazz.

Na myśl o rocku puchły mu uszy,
na dźwięk klasyki rzedła mu twarz.
Nigdy go Chopin ni Bach nie wzruszył
(pewnie moc chłopów podobnych znasz...)

Nie jadł musztardy ni majonezu,
w oczach widoczny jaśniał mu zez
Dość, że miał bzika na punkcie jazzu,
Ja niespecjalnie zaś lubię jazz ...

- O Matko Boska, o Święty Jezu
Jakże ja bardzo nie lubię jazzu !

II.

Podczas niedzielnych spotkań u Niego
w miejscu, o którym zapomniał Bóg
z magnetofonu kasetowego
buczał Ellington niejaki Duke

Gdym Go zastała w łóżku z kochanką,
zazdrości począł kąsać mnie giez.
- Armstronga była wszak melomanką
Znów główną rolę odegrał jazz !

- O Matko Boska, o Święty Jezu
Jak ja okropnie nie cierpię jazzu !

III.

Zagrał na nerwów mych saksofonie,
więc znajomości nastąpił kres.
Niech fanów jazzu piekło pochłonie
I jasny piorun niech trafi jazz !

- O Matko Boska, o Święty Jezu
W życiu nie będę słuchać już jazzu !



NA ODCHODNE

Zjeździłam ten świat,
zwiedziłam i Tamten.
Nie więdnę jak kwiat
- Nie szykuj chryzantem.

Rozpaczy twej ton
brzmi nazbyt fałszywie.
Nieprędki mój zgon
i żyję szczęśliwie.

Choć dławi mnie spleen,
zamykam jadaczkę.
Z podróży do Chin
przywiozłam żółtaczkę.

Za siebie więc płać
i łoże sam ściel.
Nie czas z oczu lać
już NaCL.

Nie marnuj swych łez,
zbyt droga jest sól.
- Kobieta to pies
odporny na ból ...



HOMO SAPIENS SAPIENS
miniatura

Twe lico, a zwłaszcza twa mina
potwierdza teorię Darwina.
Kres pora położyć romansom
z istotą pokrewną szympansom ...



POETES MAUDITS

Gdyby Bruno nie pił piwa,
zaś Stachura nie ćmił petów,
Ludzkość byłaby szczęśliwa,
bo ... nie byłoby poetów.

Poświatowska z sercem chorym
gdyby kawy nie sączyła,
Los zachowałby pozory,
Ziemia lżejszą nam by była.

Witkac, gdy nie wąchał koki,
Huxley nie piłby meskalu
Świat by większe miał uroki
I nie umarłby nikt z żalu ...

Hłasko nadal gdzieś świntuszy,
a Wojaczek rżnie swe dziwki.
- Los poety kogoś wzruszy?
Więc gdzie Twórcy, tam używki ...



NIE RZUCIM ZIEMI ...

Witkacy był cacy,
Słowacki był be
"Nie gęsi Polacy",
lecz orły też nie.

Raz "Żywią i bronią",
Raz leją się w dziób,
Jak szczury się gonią,
Tam świnie, gdzie żłób.

Biel flagi jak lilie,
Purpura jak krew,
Śmierć karpia w Wigilię,
W Zoo małpy i lew.

Dwie wojny, trzy stany
Wójt, Pleban i Pan
W Piwnicy - Barany,
Chocholi trwa tan.

Rozbiory, powstania,
Pospólstwo i gmin
Wciąż więcej gadania
- Czcze słowa, nie czyn.

Rewolty, represje,
Żebranie o chleb,
Pochody, procesje,
tu zadek, tam łeb.

Wars - Sawa, Krak - Wanda,
korona dla Miss,
Na deskach wciąż Janda,
Na wizji wciąż Lis.

Msza Święta w niedzielę,
Czas błędów i prób,
Wyspiański - "Wesele"
Gombrowicz zaś - "Ślub".

Znów lance do boju,
"Rwij murom ząb krat".
- Cóż trzeba nam gnoju,
by wzrosnąć mógł kwiat ...



ERA WODNIKA
(Age of Aquarius)

Braci posthipisowskiej

Słońce w znaku gdy Słowika
Księżyc w kwadrze zaś Banana
straszy Erą znów Wodnika
zimna flądra odgrzewana.

Ością stanie jarska rybka
Gługie hairy zmierzwi hippi
Wolna Miłość będzie szybka
Joplin bluesa znów wychrypi.

Żłopiąc wińsko ruszysz w trasę
przysypiając w autostopie
Od przechodniów sępiąc kasę
wszystko wydasz na konopie.

Trzęsąc biodrem w rytmie rocka
przysniffujesz setkę speeda
Wkrótce w bujnych twych dreadlockach
schron bezpieczny znajdzie gnida.

Jesus Christ choć Super-stary
(siwe wąsy ma i brodę),
znów się będą łączyć w pary:
chłopy stare - dziewki młode.

Z kranów tryśnie eL-eS-Di
w rozszerzanych głąb nogawek
U Percepcji staniesz Drzwi
wciąż mocniejszych łaknąc dawek.

W korcu maku się nie schowasz
przed zalewem brown sugar'u
Znów pojedziesz do Krakowa
zanim trafisz do MONAR-u.

***

I zrozumiesz po niewczasie, że:
- Po białym serze trzeba było umyć zęby,
co oznacza w wolnym tłumaczeniu:
- Nie powinno się używać wspólnych igieł
ani brzytew po goleniu !



LEGALAJZYT
Tekst do piosenki reggae

Człowiek - Rasta nie je ciasta,
Nie spożywa też pieczywa,
za to paląc Święte Ziele
zwiedza knajpy i burdele.

Twierdzi także ten jegomość,
że poszerza mu Świadomość
konopianej obłok chmury,
- Wygaduje wtedy bzdury.

Kłęby dymu chłonąc w płuca
salwy śmiechu zeń wyrzuca.
Nabijając zielsko w fajce
czuje się jak na Jamajce.

Gdy Bob Marley rzęzi z płyty
skręca w dready włos niemyty.
Po Cannabis zaś Indica
trafia wprost do psychiatryka.

Przeto się zastanów, chłopie
zanim sięgniesz po konopie !

***

[- Radził autor tego rymu
wydmuchując kłęby dymu ...]

18.9.10

Allen Ginsberg - First Blues (1973)



Irwin Allen Ginsberg (1926 -1997) – amerykański poeta, aktor, scenarzysta i działacz społeczny, członek American Academy and Institute of Arts and Letters. Jeden z najważniejszych twórców tzw. poezji konfesyjnej i lider ruchu artystycznego określanego jako Beat Generation. Był również znaczącą postacią kontrkultury amerykańskiej, już za życia owianą barwną legendą i otaczaną kultem. Stał się jedną z głównych postaci powieści Jacka Kerouaca "W drodze".

Był współzałożycielem szkoły Jack Kerouac School of Disembodied Poetics na Naropa University w Boulder, Colorado.Ginsberg był otwarcie gejem. W 1954 roku poznał Petera Orlovskiego, z którym pozostał w związku przez prawie 40 lat.

Przyjaciółmi Ginsberga byli między innymi Jack Kerouac, Neal Cassady, William S. Burroughs, Timothy Leary, Gregory Corso, Herbert Huncke, Rod McKuen i Bob Dylan.

Zyskał sławę dzięki dwóm poematom: Skowytowi dedykowanemu Nealowi Cassady'emu i Carlowi Solomonowi (Howl, 1956), będącym swoistym poetyckim epitafium dla najlepszych umysłów pokolenia Ginsberga oraz wyrazem buntu młodych ludzi dorastających w atmosferze zimnej wojny oraz powojennego nihilizmu, oraz Kadyszowi (Kaddish, 1961), który z kolei poświęcony jest zmarłej matce poety, Naomi Ginsberg. Kaddysz został utrzymany w klimacie 'mowy pogrzebowej', gdzie autor nawiązuje do swoich korzeni. Innym znaczącym utworem jest Thou Shalt Not Kill napisanym na cześć umarłego poety Dylana Thomasa.

Jego twórczość stanowiła ważny pomost między pokoleniem beatników lat 50. i ruchem hippisów lat 60. Poezja Ginsberga wyrażała bunt przeciwko ustalonemu porządkowi społecznemu, skostniałym konwenansom, zakłamaniu cywilizacji Stanów Zjednoczonych oraz masowości; przesycona była ideami anarchizmu i rewolucji seksualnej; inspirowała się egzystencjalizmem, surrealizmem i twórczością takich poetów jak: Walt Whitman, Arthur Rimbaud czy William Blake. Ważny wkład w jego poezję miała również fascynacja bitników filozofią Dalekiego Wschodu, buddyzmem i braminizmem.

Ginsberg w oryginalny sposób łączył wysublimowany język oraz romantyczną wizyjność z obrazami wulgarnymi i prowokacyjnymi, nie szczędząc przy tym dosadnego słownictwa. Znamienną cechą jego pisarstwa jest częste wykorzystanie anaforycznej formuły i stylistyki psalmów, modlitwy czy mantry.

W wierszach takich jak LSD, Odpowiedź czy Koniec opisywał wrażenia związane z częstym zażywaniem LSD i innych substancji psychotropowych. Ginsberg w swojej twórczości dawał również wyraz swojej fascynacji muzyką jazzową.

Wygłaszał częste muzyczne recytacje swoich wierszy z udziałem takich artystów jak Bob Dylan, Grateful Dead czy Paul McCartney.



Allen Ginsberg: człowiek z "Nortona"
Marek Jedliński

Gdyby Edward Stachura żył jeszcze dzisiaj, byłby może w świecie polskiej poezji tym, kim Allen Ginsberg jest dla poezji amerykańskiej. Ale porównanie to sięga głębiej, pomimo zasadniczych rozbieżności estetycznych i światopoglądowych, bo przecież twórczości Stachury niepodobna oddzielić od jego życiorysu; bo poezja Steda to coś znacznie więcej niż literatura (którą oceniać można różnie, wychodząc z rozmaitych założeń literackich i estetycznych): to także, a może przede wszystkim, kult - kult, który sięgnął umysłów wielu (szczególnie młodych) ludzi, także i tych, którzy za nic w świecie nie przyznaliby się do zainteresowania (a cóż dopiero fascynacji) czymś tak niemodnym, dziwacznie pokrętnym, akademickim (to znaczy bezpłodnym) i - w obliczu naporu kultury masowej - w zasadzie zupełnie zbędnym, jak "poezja". Nieczęsto zdarza się, by poeta - wyniesiony siłą swego pisarstwa czy też wolą licznych czytelników - przekraczał granice sztuki i z twórcy niskonakładowych tomików wierszy stawał się współtwórcą szeroko odbieranych nurtów kulturowych; kiedy jednak zjawisko takie zachodzi, wraz z nim pojawia się konieczność rozpatrywania go w zupełnie innych kategoriach. Oczywiście sława, kult i legenda mogą być w równym stopniu satysfakcją co przekleństwem dla poważnego twórcy, gdy jego sylwetka zyskuje miano symbolu a osobiste poglądy rangę "filozofii życia." To jednak jak wielbiciele i uczniowie mistrza urabiają go na miarę własnych marzeń (a często na swój obraz i podobieństwo) pozostaje domeną badań socjologicznych. Natomiast odpowiedzialny za swoje rzemiosło krytyk powinien przede wszystkim zdać sobie sprawę z ogromnej różnicy między recenzowaniem debiutanckiego tomiku wierszy maturzysty z Wejherowa a omawianiem twórczości poety, którego Wiersze zebrane przekraczają objętość ośmiuset stron i który od ponad trzydziestu lat pozostaje jednym z najbardziej znaczących, najszerzej komentowanych i najczęściej czytanych poetów dużego i zajmującego w końcu kraju, jakim jest Ameryka. Naturalnie nie w tym rzecz, aby lekceważyć licealistę, a o Ginsbergu (albo Stachurze) nie wspominać inaczej niż w kontekście wieszcza. Rzecz w tym, że każde z tych zadań stawia przed krytykiem inne wymagania, wymaga innych kategorii, innej (w drugim wypadku znacznie szerszej, niestety) wiedzy - a też i szczególnego poczucia odpowiedzialności. A kiedy ponadto mamy do czynienia z twórczością obcojęzyczną, odpowiedzialność staje się jakby podwójna, ponieważ rolą krytyka jest nie tylko, a nawet nie przede wszystkim, literacki osąd (chciałoby się napisać - wyrok), ale także przybliżenie krajowemu odbiorcy poezji, która (a) znana jest mu - jeśli w ogóle - z nie zawsze doskonałych przekładów i (b) dociera do nas pozbawiona kulturowego kontekstu, co w wielu wypadkach czyni ją całkiem niezrozumiałą. (Jeden z najciekawszych wierszy Ginsberga nosi tytuł Pierwsze przyjęcie u Kena Keseya z Aniołami Piekła. Ilu czytelników jest na tyle wytrwałych by napotkawszy taki tytuł sięgnąć po słowniki i encyklopedie? A ilu nie potrzebowałoby nigdzie sięgać?) Zamierzając wypowiedzieć się publicznie na temat twórczości poety rangi Allena Ginsberga, uczciwy człowiek powinien najpierw zadać sobie kilka podstawowych pytań. Po pierwsze, co o nim wiem i czy to wystarczy aby powiedzieć na jego temat coś interesującego? (Pisanie na granicy wiedzy to bardzo ryzykowne zajęcie. Skarżył się na ignorantów Gombrowicz w swoim Dzienniku, a i Stanisław Lem mawia, że właściwie nie ma wśród krytyków literatury nikogo, kto mógłby go "sprawdzić.") Kolejne pytania: Z informacji, które posiadam, co jest ważne, co jest znaczące, co może w sensowny sposób wzbogacić czytelników pojmowanie poezji? Czy ja sam tę poezję - w ten czy inny sposób - pojmuję? I wreszcie: jaki jest mój osobisty stosunek do tej twórczości, i dlaczego? Następnie trzeba sobie na te pytania odpowiedzieć... i już można pisać.

Można też pisać nie przejmując się szczególnie takimi pytaniami. Można okrasić tekst pobłażliwymi pochlebstwami w stylu "technicznie sprawny." (Wyobraźmy sobie takie zdanie w krytyce Dziadów. Pusty śmiech, prawda?) Można, w stylu wzburzonej przedszkolanki, zwracać uwagę, że wiersze Ginsberga pełne są "brzydkich słów." Można upodobnić recenzję do kolumny towarzyskiej w "Seksretach." Można uczynić kluczowym punktem rozważań krytycznoliterackich fakt homo- czy (tym gorzej!) biseksualizmu poety, fakt zresztą nieukrywany (tym gorzej!) lub to, że otwarcie przyznaje się on, a nawet (zgroza!) zachęca do korzystania z pewnych narkotyków - akurat takich, których używanie nie wywołuje uzależnienia, inaczej niż w wypadku "Klubowych" i "Poloneza." Można. Tylko jakoś nie wygląda na to, by Dziadom przynosiło ujmę to, iż ich autor flirtował Bóg raczy wiedzieć z kim w Paryżu podczas gdy ojczyzna była w potrzebie. No, ale Mickiewicz przynajmniej z kobietami...

Rzecz w tym, że o pewnych sprawach mówić warto, a o innych nie. Że trzeba starać się zachować równowagę między atrakcyjnymi plotkami a rzeczowym podejściem do tematu. Że należałoby potraktować poważnie tych czytelników (jeśli nawet nielicznych), którzy chcieliby wzbogacić swoją wiedzę, swoje rozumienie literatury i świata w ogóle. Że to, co jada, z kim sypia i czym się szprycuje znany pisarz (aktor, piosenkarz, malarz...) ma znikomy wpływ na intelektualną ocenę jego dorobku. Że jakakolwiek będzie taka ocena - a poezja Ginsberga była i jest kontrowersyjna i ma prawo przyprawiać niektórych o mdłości i zawroty głowy - musi mieć za podstawę wiedzę i kulturę literacką oceniającego, a nie kulturę osobistą ocenianego. Że, w końcu, jeśli doświadczamy mdłości i zawrotów głowy, to może dlatego, że tak właśnie zamyślił sobie twórca, który sam doznawał podobnie przykrych wrażeń patrząc na zaplute ulice Nowego Jorku, żegnając przyjaciół odchodzących w szaleństwo, alkoholowy niebyt, wietnamską dżunglę, śmierć? A swoją drogą, czy naprawdę nie robi się Państwu słabo gdy oglądacie Panoramę albo 997? A powinno.

Poezja Allena Ginsberga nie należy do moich ulubionych, nie przynosi wielkich odkryć, nie wywołuje dreszczy. Mój stosunek do niej jest przede wszystkim "zawodowy" - wynikający z faktu, że muszę znać ją na tyle dobrze, aby móc dzielić się nią ze studentami na zajęciach z literatury amerykańskiej. Jednocześnie mam dla niej pewien sentyment, gdyż wiersze Ginsberga były pierwszym okruchem poezji zza oceanu, z jakim się zetknąłem jeszcze w czwartej klasie liceum. Wtedy ta lektura otwierała człowiekowi oczy na świat podobnie jak czytanie Bursy i Wojaczka, a wkrótce potem ukazał się lipcowy numer Literatury na świecie z 1986 roku i tam dopiero, pod postacią wierszy Franka O'Hary, czyhało prawdziwe olśnienie. Jest to też sentyment do legendy już nie samego Ginsberga, ale amerykańskiej kultury lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, lat, które choć dawno minęły, nadal dla wielu definiują amerykańską wolność i artystyczne wyzwanie. Dziś Allen Ginsberg jawi mi się przede wszystkim jako Człowiek z "Nortona" - pokaźnych rozmiarów antologii (dwa tomy, w sumie ponad cztery tysiące stron biblijnego papieru) znanej studentom filologii angielskiej, która zawiera próbki niemal wszystkiego, co najbardziej wartościowe w literaturze Stanów Zjednoczonych. Sam fakt znalezienia się w takim wydawnictwie jest dla poety nie lada powodem do dumy, a dla czytelników pewnym drogowskazem w ich poszukiwaniach - ale sprowadzenie tych rozważań do kwestii autorytetu czy szacunku dla "świętości" to ostatnia rzecz, na jakiej mi zależy. W ogóle nie całkiem rozumiem słowo "autorytet," a szacunek do Ginsberga, bądź jego brak, należy do kryteriów pozaliterackich. Niedawno przyjechał do Polski na jeden koncert zespół Deep Purple - i gdybyśmy wyobrazili sobie, że wkrótce potem odwiedzają nas Madonna albo Michael Jackson, to byłyby to wydarzenia o zupełnie odmiennych wymiarach. Zobaczyć na własne oczy jak Purple grają Smoke on the Water, usłyszeć jak Ginsberg czyta swój Kaddish, to o wiele więcej niż spotkać współczesną gwiazdę czy nawet żywą legendę - to stanąć oko w oko ze źródłem tego, co dzieje się dzisiaj w muzyce rockowej, w literaturze. To spotkać na swej drodze kogoś, kto choć wciąż twórczy, należy już do historii - spotkać, a może nawet móc porozmawiać. Przypominają się słowa Holdena Caulfielda z Buszującego w zbożu o tym, że przeczytawszy dobrą książkę zawsze pragnie osobiście poznać jej autora, zadzwonić do niego i móc spytać o mnóstwo spraw. A jakże rzadko spełnia się takie życzenie! Nieliczni tylko autorzy ze wspomnianej antologii są jeszcze wśród nas, a spośród tych, którzy są, iluż miałoby ochotę i czas odwiedzić tak odległy i nie najważniejszy przecież kraj jak Polska? A kiedy już taka nieprawdopodobna szansa się ziszcza cóż, należałoby chociaż wiedzieć, o co warto zapytać. Wyobraź sobie, Czytelniku, że maszyna czasu umożliwia Ci spotkanie z Adamem Mickiewiczem... Czy Twoim pierwszym (i ostatnim?) pytaniem będzie "To co pan właściwie porabiał w tym Paryżu"? Czy, podając rękę Gombrowiczowi, spytałbyś go "Więc jak to z panem jest, bo podobno lubi pan chłopców"?

Wizyta Ginsberga nie trwała długo. Była okazja dowiedzieć się - a gdzie znaleźć lepsze źródło informacji? - tak wiele o klimacie wydarzeń, które uformowały sporą część współczesnej kultury, także i naszej, choć niewielu z nas dane było oglądać je w toku; dowiedzieć się z ust człowieka, który nie tylko je widział, ale świadomie kształtował. Była okazja zastanowić się szerzej nad poezją w ogóle - bo czymże ona właściwie jest, i o co cały raban? Była okazja poznać bliżej kogoś, kto swoją twórczością zadał kłam powiedzeniu Audena, że poezja nie ma siły sprawczej (Poetry makes nothing happen), kto potrafił (jak Stachura właśnie) wyprowadzić poezję poza chłodne mury akademii, dosłownie - na ulicę. Niestety - dotychczas znany (nie wszystkim) z przekładów, stał się Ginsberg znany (wszystkim) aż za dobrze - jako bohater krzykliwych artykułów, paru skandali obyczajowych i jednego literackiego. Jemu, naturalnie - intelektualiście, którego ogromna wiedza nie przytłumiła wrażliwości - niewiele to zaszkodzi. Pewnie nawet byłby zachwycony wiedząc, że po trzydziestu z górą latach jego wiersze są nadal zdolne szokować, a ich wydawca może ponosić przykre konsekwencje estetycznej samowoli. Jeśli ktoś na tym stracił, to polscy czytelnicy - ci szczególnie, którzy nie mieli okazji zobaczyć go osobiście na jednym z wieczorów autorskich. Ludzie, którzy pozwalają się szokować wydarzeniom, niewiele się z nich nauczą.



Legendary Beat poet Allen Ginsberg explores the fusion of poetry and music in this rare 1970s recording. Called a "venerated bard of resistance" Ginsberg sought "how the raw mind actually works" through poetry. This collection of fun ditties spouts against capitalism, among other things, and is an amusing and enjoyable listen. Ginsberg accompanies himself with a small hand-pumped harmonium from India, occasionally adding his own guttural rhythms reminiscent of Dadaist sound-poetry (see for example "Put Down Your Cigarette Rag" and "Prayer Blues"), while other songs, such as "Bus Ride Ballad Road to Suva", echo folk ballads from yesteryear. Ginsberg prefaces each song himself. Liner notes include an introduction from Ginsberg.

link in comments

Crosby, Still & Nash - Demos (2009)



As members of one of rock's first supergroups, David Crosby, Stephen Stills, and Graham Nash helped define the Woodstock generation through their peerless harmonies, resonant songwriting and deep commitment to political and social causes. The trio will tour this summer in both the U.S. and Europe, with more dates to be added to the U.S. leg. In between the late-spring North American and early summer European segments of the tour, Crosby, Stills & Nash will be inducted into the Songwriters Hall of Fame on June 18 in New York City, and before the tour begins, Rhino will offer a behind-the-scenes look at the group's early days with a collection of 12 previously unreleased demos recorded between 1968 and 1971.

While many demos feature members performing solo, the opening cut includes all three harmonizing on the Nash-penned hit "Marrakesh Express," recorded four months before the release of the trio's eponymous debut in 1969. Crosby and Stills can be heard on another song from that blockbuster album, "Long Time Gone." The two recorded the demo in June 1968, just a few weeks before Nash joined the group.

Neil Young, whose arrival in 1969 launched CSN&Y, performs with Crosby and Nash on "Music Is Love," a song the three cowrote that appeared on Crosby's 1971 solo debut, If I Could Only Remember My Name. Crosby flies his "freak flag" alone on the anthemic "Almost Cut My Hair," a track featured on the group's 1970 #1 album Déja Vu. Stills performs unaccompanied on a 1968 demo of "My Love Is A Gentle Thing." Recorded in 1968, the song was never released on a studio album, although a 1975 recording of the track did surface in 1991 on the boxed set CSN.

More than half of Crosby, Stills & Nash "Demos" comprises early versions of songs destined for solo projects that each member focused on following the success of Déja Vu. Stills released his self-titled debut in 1970, which introduced "Love The One You're With," his biggest solo hit to-date and a live favorite. Stills recorded this version in April 1970, more than six months before recording the album version in London. Another Stills demo, "Singing Call," features a song that would appear on his follow-up, Stephen Stills 2.

Nearly all of the tracks on Crosby, Stills & Nash "Demos" were recorded at Wally Heider studios, a popular recording destination on the West Coast for everyone from Jefferson Airplane to Creedence Clearwater Revival. Nash chose Heider's studio to record his 1971 solo debut, Songs For Beginners, demoing much of the album there as well. This collection includes three of those demos: "Sleep Song," "Be Yourself," and the politically charged "Chicago."

link in comments

17.9.10

The Lounge Lizards (1981)


The Lounge Lizards to zespół dziwny. Dziwny i długowieczny. Ze zdumieniem odczytałem z wkładki do ich debiutanckiej płyty rok... 1981. Warto zwrócić uwagę na tą okładkę. Wykazuje ona zadziwiające podobieństwo do słynnej płyty "Vienna" grupy Ultravox. Może to nie przypadek. Poza tym jest to początek jazzowej serii (008) wytwórni EG.

Grupa Louriego tak naprawdę nie gra jazzu, ale zwykle w takich przypadkach muzycznych najłatwiej prezentowaną przez artystów muzykę tak właśnie zaszufladkować. Istniały kiedyś liczne określenia na taką odmianę jazzu. Najpopularniejsze z nich to: no wave, fake jazz, free funk, punk-funk i punk jazz. Sam Lourie - lider - określił muzykę swojej grupy jako fake jazz, czyli udawany jazz. "Było to konieczne. Ludzie zaczęli nazywać to co gramy punk jazzem, a to jest chyba najgorsze określenie, jakie można sobie wyobrazić" - wyjaśniał wtedy basista zespołu Steve Piccolo. Fake jazz, czyli krótka forma, bez długich solówek instrumentalnych z grającą "swoje", nierzadko rzężącą gitarą elektryczną. Nie był to już zużyty jazz-rock, czy papkowate fusion. Była to reakcja jazzowego świata na szybko zmieniające się otoczenie. Lourie to facet, który czuł nowe otoczenie. Czy oddał je muzyką to jednak sprawa do dyskusji, gdyż wczesne The Lounge Lizards dziś nie robi wielkiego wrażenia. Ani jego kompozycje, ani też udział w nagraniu tak ciekawych muzyków, jak Arto Lindsay (gitara), czy Anton Fier (bębny) nie zachwycają. Wprowadzają jednak w stan pewnego niepokoju i do dziś zadziwiają zestawem brzmień. Przypuszczam, że wtedy, na początku lat 80-tych to mogło byż dużym szokiem. Nie jest to granie wirtuozerskie. Sola są ograniczone i czasem jakby "obok". Jeśli jazz-rock szokować mógł rytmami i hałaśliwością, to tutaj zdumienie budzi brak instrumentalnego "ścigania się" i jakiegokolwiek zadęcia. W pewnym sensie ten wzorzec przeszedł na innych i obowiązuje do dziś.

Mogę tylko żałować, że ta muzyka do nas wtedy się nie przedzierała. Stan wojenny skutecznie zablokował radio i telewizję. Mundury, czarne garnitury i okulary spawacza załatwiły nam właściwe piosenki. Jednak w połowie lat 80-tych, gdy koszmar powoli zaczynał przemijać, młoda grupa polskich muzyków zaczęła coś, co było nawiązaniem do powyższej stylistyki. Zespoły Young Power, Free Cooperation, a zwłaszcza Pick Up stworzyły alternatywę wobec poprawnych jazzowych Extra Ball i String Connection. Bez tej fali nie byłoby dziś ruchu yassowego, który co niesamowite z kolei przypomina dzisiejsze wcielenie The Lounge Lizards. Nie wiem jak to się stało, ale grupa Louriego, całkiem już inna dalej stanowi inspirację i punkt odniesienia. (Grzegorz Mucha)



Initially conceived as entertainment for a downtown New York art community (which, at the time, was knee-deep in no wave), the Lounge Lizards spent more than a decade with various lineups playing so-called fake jazz with pop and avant-garde rock tendencies. The band's initial incarnation was led by saxophonist John Lurie, with brother Evan on piano, Arto Lindsay on guitar, Steve Piccolo on bass, and ex-Feelie Anton Fier on drums; this lineup appeared only on the band's acclaimed, all-instrumental, self-titled 1981 debut. Lindsay and Fier left shortly thereafter, each embarking on a lengthy series of projects, and the Luries recorded Live From the Drunken Boat in 1983 with a different and less compelling lineup. In 1985, during a hiatus in which Evan Lurie recorded his first solo piano album, the collection Live 79/81 was released; the group also recorded with producer Teo Macero and the London Philharmonic. The Lounge Lizards regrouped in 1986 with both Lurie brothers, saxophonist Roy Nathanson, trombonist Curtis Fowlkes, guitarist Marc Ribot, bassist Erik Sanko, and drummer Dougie Bowne. This lineup recorded Big Heart Live in Tokyo (1986) and the studio LP No Pain for Cakes (1987), the latter of which featured the group's first vocal number. 1989's Voice of Chunk was initially sold only through the mail, but has since been reissued on CD. John Lurie has also done scoring work for several Jim Jarmusch films, including Stranger Than Paradise (1986), Down By Law (1988), and Mystery Train (1989).

One might be forgiven for mistaking the Lounge Lizards' debut album for a traditional jazz release at a glance, what with the two Thelonious Monk covers and the participation of producer Teo Macero (who had previously worked with such heavyweights as Miles Davis, Dave Brubeck and Ella Fitzgerald, to name just a few). No, while there's definitely great respect shown here for the jazz tradition, the members are obviously coming at it from different backgrounds -- most especially guitarist Arto Lindsay, whose occasional atonal string scraping owes far more to his experience in New York City's no wave scene than to quote unquote traditional jazz. In fact, the two aforementioned Monk covers seem a strange choice when you actually hear the band, which has more in common with sonic experimentalists like Ornette Coleman or Sun Ra. That's not to say that this is too experimental; saxophonist and lead Lizard John Lurie knows when to blow noise and when to blow melody, and ex-Feelies drummer Anton Fier  manages to infuse a good rock feel into the drum parts even when he's playing incredibly complex rhythms. The end result is a album that neatly straddle both worlds, whether it's the noir-ish "Incident on South Street," the art-funk of "Do the Wrong Thing," or the thrash-bebop found in "Wangling"." (AMG)

link in comments 

9.9.10

Mariana Sadovska (2005)



"Czasami muzyk posiada wrodzone pragnienie komunikowania się w taki sposób, że jego wiadomość naturalnie staje się uniwersalną: nie ma znaczenia czy śpiewa soul, bel canto czy też folk. Tak właśnie jest w przypadku ukraińskiej piosenkarki Mariany Sadowskiej" (Ben Ratliff, The New York Times)

Mariana Sadovska urodziła się we Lwowie. Jest jedną z najwybitniejszych współczesnych wokalistek. Pracuje zarówno w całej Europie jak i Stanach Zjednoczonych. Jej praca w muzyce i teatrze zawsze była inspirowana miejscową kulturą i dźwiękami z całego świata. Organizując etno - muzyczne wyprawy, uzbierała ogromną ilość tradycyjnych pieśni, historii i rytuałów, które przekształca w nowoczesne dźwięki dla obecnego pokolenia.

Łącząc opowiadanie historii ze śpiewem, jej występy są teatralną ekspresją jej wewnętrznych pragnień łączących przeszłość z teraźniejszością poprzez muzykę. Na jej płytach i warsztatach zawsze próbuje znaleźć drogę łączącą przepaść pomiędzy starodawnymi, tradycyjnymi dźwiękami ze współczesnymi -wprowadza obecne pokolenie w przeszłość tak jak łączy stare pokolenie ze współczesnością. Odkryła, że jej pragnienie nie jest tylko jej własną tęsknotą, ale dzieli je z innymi artystami oraz widownią na całym świecie. Jej starania doprowadziły do tego, że otrzymuje zaproszenia od różnych artystów, grup teatralnych oraz uniwersytetów z całego świata, wszystkich szukających sposobu do zbliżenia między pokoleniami.

Rozpoczęła swoją pracę w 1991 roku z Teatrem Lesia Kurbasa(Lwów, Ukraina), z Festiwalem Anatolii Vassilieva w St. Petersburgu i Moskwie. Została wybrana do projektu "Słowiański Pielgrzym", prowadzonego przez Jerzego Grotowskiego w Pontederze we Włoszech. W tym samym roku została zaproszona do współpracy z Teatrem Gardzienice, gdzie pracowała przez 10 lat. Podczas jej pobytu w Gardzienicach, rozpoczęła badania miejscowej muzyki i kultury, prowadząc własne wyprawy na Ukrainie, w Irlandii, Egipcie, na Kubie i w Brazylii. Od tego czasu organizowała wiele wymian kulturalnych pomiędzy współczesnymi artystami z Europy i Stanów Zjednoczonych oraz z rodzimymi wokalistami z Ukrainy.

W 2001 roku przeprowadziła się do Nowego Jorku otrzymując stypendium z Earth Foundation gdzie pracowała jako dyrektor muzyczny z La Mama ETC.

Podczas jej pobytu w Nowym Jorku rozpoczęła solowe występy równocześnie współpracując ze słynnymi artystami, takimi jak Michael Alpert, Anthony Coleman, Frank London, Victoria Hanna i Sanda. W 2002 roku Globar Village wydał jej pierwszą solową płytę "Songs I learned in Ukraine". Od tego czasu jest zapraszana każdego roku na solowe koncerty, warsztaty oraz do
współpracy teatralnej, występując w takich szacownych miejscach w Nowym Jorku jak: Joe's Pub, BAM, Macor, Galapagos i Exit Art Galery.

Prowadzi warsztaty dotyczące technik jakich się nauczyła i rozwinęła podczas swoich podróży. Prowadzi warsztaty na całym świecie: w Centrum Grotowskiego (Polska), Giving Voice Festiwal (Wielka Brytania), International Workshop Festval (Izrael), The Royal Shakespeare Company (Londyn) oraz na wielu uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych (Harvard, Swarthmore, Buffalo, NY University oraz Santa Barbara). W 2004 roku prowadziła warsztaty na
uniwersytecie w Kabulu (Afganistan). (niusy.pl)



Mariana Sadovska has worked all her life in both music and theatre. Born in 1972 in the city of Lviv in Western Ukraine, she was trained from an early age as a classical pianist at Lviv’s Ludkewytch National Music School, where she graduated with honors. In her late teens, she joined Lviv’s Les Kurbas Theatre, one of Ukraine’s leading theater companies, known for its intensively physical performance style coupled with rich vocal work. From 1991 to 2001 Sadovska worked as a principal actor, composer, and music director with the Gardzienice Centre for Theatre Practices in Poland directed by Vladimierz Staniewski. Gardzienice has received worldwide acclaim for its virtuoso “anthropological-experimental” performances rooted in rugged fieldwork in isolated rural areas of the world. Like Les Kurbas’, Gardzienice’s work is a thrilling combination of physical theater coupled with ecstatic vocal ensemble work. Gardzienice's productions are the result of "expeditions" to places where traditional culture is still preserved today. With Gardzienice, Ms. Sadovska traveled throughout Eastern and Western Europe as well as to Brazil, Egypt, Japan, and the United States, appearing in the company’s productions of The Life of Protopope Awwakum, Carmina Burana and most recently Metamorfozy, which she co-created with composer Maciej Rychly using relics of ancient Greek music. In 1998, for her role in Metamorfozy she won the “Best Actress Award” given by the Polish Theatre Union. As the musical director of the Gardzienice Theatre, Ms. Sadovska has conducted numerous workshops at colleges, universities and arts centers around the world, including one with the Royal Shakespeare Company in Stratford, UK.

Since 1999, Sadovska has appeared as a collaborating artist in three Yara Arts Group festivals at La Mama Experimental Theater in New York. She first worked with Yara's director, Virlana Tkacz, on an international project in Ukraine in 1991, titled In the Light. As Yara’s Artist-in-Residence in the 2001-2002 season, she created the music for Song Tree (2000), Obo: Our Shamanism (2001), and Kupala (2001/2002), and also performed lead roles in these pieces. In New York, Ms. Sadovska also conducted special workshops on Ukrainian traditional Calling Songs, Winter Songs, Spring Songs and Late Spring Songs and gave solo performances at the Golden Festival and the Balkan Cabaret. In 2002, Kupala was remounted in Kiev, Ukraine, with a cast of Ukrainian and American actors. In conjunction with this performance Sadovska, in collaboration with Tkacz, organized the Veczornytci artist gatherings with indigenous singers in the Ukrainian villages Kriaczkivka and Svarytcevytchi.



In 2003, Sadovska created the music for the production of Bogoslaw Schaeffer’s "Qwartet for four actors" directed by Andre Erlen at Forum Freies Theater in Dusseldorf. Concurrent projects touring internationally included Callings and In the Beginning There Was a Song, both duo performances with the Israeli experimental vocalist Victoria Hanna. Callings and In the Beginning There Was a Song were presented to critical acclaim at Lviv’s Golden Line Festival, and subsequently toured Israel, Poland, and the USA. In 2003-2004 Sadovska co-created the multi-media performance piece Shadows of Forgotten Ancestors with Poland’s Quartet Jorgi and the Berlin-based film-maker Hiroko Tanahashi. Shadows of Forgotten Ancestors toured the US in February, March, and April 2004.

In 2004, Sadovska composed the music for the theatre performance Sklavy, directed by William Docolomanski at the Svandovo Theatre of Prague. Her score, based on Ukrainian immigration songs, was nominated for the Alfred-Radok Award in Prague in 2005.

In the spring 2005 Sadovska was the recipient of a coveted guest artist fellowship at Princeton University’s (New Jersey, USA) Artist’s Atelier program, curated by Nobel Prize winning-writer and Princeton professor Toni Morrison. During her Princeton residency, Sadovska collaborated with New York theater directors Lars Jan and Roger Babb and created music for the mixed media production of Midsummernight.

In August 2005, Mariana Sadovska and Lars Jan were sponsored by US embassy, Goethe Institute and Aga Khan Trust for Culture to lead workshops at Kabul University and the Kabul National Theatre, and conduct ethnographic expeditions in the villages of Northern Afghanistan.

Also in 2005, she collaborated with the American women’s vocal ensemble KITKA and stage director Ellen Sebastian Chang to co-create and premiere the futuristic folk opera The Rusalka Cycle: Songs Between the Worlds. The project, supported by major grants from the National Endowment for the Arts, the Rockefeller MAP Fund, the Creative Work Fund, and the Trust for Mutual Understanding, took its inspiration from Ukrainian folklore surrounding the liminal female spirits known as Rusalki. Sadovska began this project with a major Ukrainian ethnographic expedition with Kitka and Chang, which encompassed collaborative creative workshops and artist exchange meetings with acclaimed Ukrainian and Polish theater and folk music artists including Natalka Polovynka and the Majsternia Pisni Ensemble, The Les Kurbas’ Theatre Troupe, Choreographer Joanna Wichowska, Ensemble Drevo, Nina Matvienko, as well as rural field work in the Polissia region to witness the unique rituals Vodinnian Kusta and Rusalian Easter. Plans are underway to remount The Rusalka Cycle in San Francisco, Albuquerque, Chicago, and New York City in 2008.

In December 2005, Sadovska performed her new multi-media piece Without Ground at Symphony Space in New York City in collaboration with acclaimed New York musicians Anthony Coleman, Doug Wieselman, and Roberto Rodriguez, with original video work by Lars Jan. In early 2006 she conducted series of Ukrainian polyphonic singing workshops at the Svandovo theatre in Prague and at the Pan theatre in Paris.



For the past fourteen years, Mariana Sadovska has traveled to villages in the Poltava, Polissia, Hutsul, and Lemko regions of Ukraine to collect folk songs and rituals. In each village she has cultivated deep relationships with elder culture-bearers whose lives, songs, and stories have inspired much of her recent work. In 1993 she initiated and co-organized the Hidden Territories project, a large expedition to Ukraine with an international group of artists, musicians and researchers, and co-produced a documentary film about the legendary Carpathian folk musician Mogur. In 2001, Sadovska co-organized the second annual Festival "Ukraine-Poland-Europe" at the Gardzienice Centre for Theatre Practices for which she brought village singers together with artists working on the cutting edge of contemporary performance practice.

Altmaster (Poland) recorded Mariana Sadovska’s vocal work for Gardzienice’s Metamorfozy in 2000. In June 2001, Global Village Music USA released Songs I Learned in Ukraine, a CD of Sadovska’s modern interpretations of favorite songs gathered from her Ukrainian village expeditions. Later that year, in collaboration with Radio Lublin (Poland), Yara Arts Group (USA), UNESCO, and other international sponsors, she produced Song Tree, a collection of polyphonic folk songs sung by village elders from Polissia and Poltava. In 2005 Evoe performing artists produced a second solo album Borderland featuring pianist Anthony Coleman, trumpeter Frank London, and clarinetist Doug Wieselman, percussionist Roberto Juan Rodgriguez, and bassist Brad Jones. Borderland recently won the prestigious Northern-Westfalia award, for “Best New World Music Album”. Diaphonica Records (USA) will release music from The Rusalka Cycle: Songs Between the Worlds in November 2006, and a CD of music from the play Sklavy is also currently in production.

Mariana Sadovska believes in music as a “living dialogue” between the performer and the listener. She comments:

“I do not sing found in books. Each song I sing was given to me by a specific woman. I heard the story of the song, learned the way it should be sung, and understood that a song can be the map which leads you to your life.” Creating her own innovative compositions and arrangements in dialogue with ancient traditions, Mariana Sadovska approaches each piece with a fresh and uniquely personal vision. In a 2001 review of her solo show Enchantment Songs, New York Times music critic Ben Ratliff commented: “Sometimes a musician has such an inborn desire to communicate that her message naturally becomes universal: it doesn’t matter whether she is singing soul or bel canto or folk. Such was the case with the Ukrainian singer Mariana Sadovska.… The responsibilities, protocol, and tradition of whatever style she is working in just vanish; she replaces them with pure vitality.” (rockpaperscissors.biz)

link in comments

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...