Our Blog

Pan & Regaliz (1971)


Z archiwów katalońskiego undergroundu. Hiszpańska scena psychodeliczna nie należała w latach 60. i 70. - z oczywistych względów politycznych, do nadmiernie ekspansywnych. Tym ciekawsze są jednak publikowane tu i ówdzie pierwociny tamtejszej psychodelii. Debiutancki album formacji Pan & Regaliz należy do takich właśnie rarytasów, wystawiając zacne świadectwo niepokornemu duchowi katalońskiej rewolty kulturowo-muzycznej. Płyta zawiera dziewięć utworów (w tym jeden bonus), utrzymanych w większości w atrakcyjnym klimacie acid folku i onirycznej psychodelii przywodzącej na myśl wczesne nagrania Pink Floyd czy Group 1850. Dynamiczna, rockandrollowa ekspresja splata się tu w intrygującą całość z wyrafinowanymi, subtelnymi piosenkami o uroku bliskim dokonaniom Pearls Before Swine. Eteryczne partie fletu osadzone są w żywiołowym, nierzadko rhythm&bluesowym podkładzie, zaś gitara eksponuje brzmienia, które za sprawą artystów z San Francisco (Grateful Dead, Quicksilver Messenger Service, It's A Beautiful Day) uzyskały status psychodelicznego kanonu. Pełna uroku, fantastycznie wydana płyta z muzyką, w której dyskretny urok archiwaliów zostaje, jak sądzę, ocalony za sprawą subtelnych i nieuchwytnych smaczków, kształtujących atmosferę zgromadzonych na niej nagrań. (Dariusz Brzostek)



Spain isn't the first place you think of for psychedelic gems, and especially not during the Franco regime, but Pan & Regaliz pulled off such an album, in 1971, during Franco's regime. This is not a name of a duo, but the name of a band, which consisted of bassist and vocalist Arturo Domingo, vocalist and guitarist Alfonso Bou, drummer Pedro Van Eeckhout, and vocalist and flautist Guillermo Paris.

This album was thought of as sounding like Jethro Tull's Stand Up under the influence of acid. Well, comparisons to Tull can be true to a point, but the flute work is absolutely nothing like Ian Anderson's at all. Strange psychedelic sounds can be heard in the background to many of the songs. And while released in 1971, the music has a more late 1960s feel.

Although from Spain, all the vocals are in English. Some of my favorites include "I Can Fly", "One More Day", "Today, It's Raining", "Waiting in the Monster's Garden", and "Thinking in Mary". It's a little difficult trying to describe the songs, because they are all more or less in the same mould. "Dead of Love" reminds me of Triana, a flamenco influenced prog band also from Spain that existed from the mid 1970s to early 1980s, except without the flamenco influences.

The only song I can say I don't care for is "A Song For the Friends". It has too much of a 1930s cocktail lounge jazz style that totally clashes with the overall excellent psych sound of the album.

A wonderful album that really took me be surprise. Also, this album is very rare and collectible, but if you can track down a copy, you too will be pleasantly surprised. (Ben Miler)
 
link in comments

The Savage Saints Designed by Templateism | Blogger Templates Copyright © 2014

Autor obrazów szablonu: richcano. Obsługiwane przez usługę Blogger.