Our Blog

The Lounge Lizards (1981)


The Lounge Lizards to zespół dziwny. Dziwny i długowieczny. Ze zdumieniem odczytałem z wkładki do ich debiutanckiej płyty rok... 1981. Warto zwrócić uwagę na tą okładkę. Wykazuje ona zadziwiające podobieństwo do słynnej płyty "Vienna" grupy Ultravox. Może to nie przypadek. Poza tym jest to początek jazzowej serii (008) wytwórni EG.

Grupa Louriego tak naprawdę nie gra jazzu, ale zwykle w takich przypadkach muzycznych najłatwiej prezentowaną przez artystów muzykę tak właśnie zaszufladkować. Istniały kiedyś liczne określenia na taką odmianę jazzu. Najpopularniejsze z nich to: no wave, fake jazz, free funk, punk-funk i punk jazz. Sam Lourie - lider - określił muzykę swojej grupy jako fake jazz, czyli udawany jazz. "Było to konieczne. Ludzie zaczęli nazywać to co gramy punk jazzem, a to jest chyba najgorsze określenie, jakie można sobie wyobrazić" - wyjaśniał wtedy basista zespołu Steve Piccolo. Fake jazz, czyli krótka forma, bez długich solówek instrumentalnych z grającą "swoje", nierzadko rzężącą gitarą elektryczną. Nie był to już zużyty jazz-rock, czy papkowate fusion. Była to reakcja jazzowego świata na szybko zmieniające się otoczenie. Lourie to facet, który czuł nowe otoczenie. Czy oddał je muzyką to jednak sprawa do dyskusji, gdyż wczesne The Lounge Lizards dziś nie robi wielkiego wrażenia. Ani jego kompozycje, ani też udział w nagraniu tak ciekawych muzyków, jak Arto Lindsay (gitara), czy Anton Fier (bębny) nie zachwycają. Wprowadzają jednak w stan pewnego niepokoju i do dziś zadziwiają zestawem brzmień. Przypuszczam, że wtedy, na początku lat 80-tych to mogło byż dużym szokiem. Nie jest to granie wirtuozerskie. Sola są ograniczone i czasem jakby "obok". Jeśli jazz-rock szokować mógł rytmami i hałaśliwością, to tutaj zdumienie budzi brak instrumentalnego "ścigania się" i jakiegokolwiek zadęcia. W pewnym sensie ten wzorzec przeszedł na innych i obowiązuje do dziś.

Mogę tylko żałować, że ta muzyka do nas wtedy się nie przedzierała. Stan wojenny skutecznie zablokował radio i telewizję. Mundury, czarne garnitury i okulary spawacza załatwiły nam właściwe piosenki. Jednak w połowie lat 80-tych, gdy koszmar powoli zaczynał przemijać, młoda grupa polskich muzyków zaczęła coś, co było nawiązaniem do powyższej stylistyki. Zespoły Young Power, Free Cooperation, a zwłaszcza Pick Up stworzyły alternatywę wobec poprawnych jazzowych Extra Ball i String Connection. Bez tej fali nie byłoby dziś ruchu yassowego, który co niesamowite z kolei przypomina dzisiejsze wcielenie The Lounge Lizards. Nie wiem jak to się stało, ale grupa Louriego, całkiem już inna dalej stanowi inspirację i punkt odniesienia. (Grzegorz Mucha)



Initially conceived as entertainment for a downtown New York art community (which, at the time, was knee-deep in no wave), the Lounge Lizards spent more than a decade with various lineups playing so-called fake jazz with pop and avant-garde rock tendencies. The band's initial incarnation was led by saxophonist John Lurie, with brother Evan on piano, Arto Lindsay on guitar, Steve Piccolo on bass, and ex-Feelie Anton Fier on drums; this lineup appeared only on the band's acclaimed, all-instrumental, self-titled 1981 debut. Lindsay and Fier left shortly thereafter, each embarking on a lengthy series of projects, and the Luries recorded Live From the Drunken Boat in 1983 with a different and less compelling lineup. In 1985, during a hiatus in which Evan Lurie recorded his first solo piano album, the collection Live 79/81 was released; the group also recorded with producer Teo Macero and the London Philharmonic. The Lounge Lizards regrouped in 1986 with both Lurie brothers, saxophonist Roy Nathanson, trombonist Curtis Fowlkes, guitarist Marc Ribot, bassist Erik Sanko, and drummer Dougie Bowne. This lineup recorded Big Heart Live in Tokyo (1986) and the studio LP No Pain for Cakes (1987), the latter of which featured the group's first vocal number. 1989's Voice of Chunk was initially sold only through the mail, but has since been reissued on CD. John Lurie has also done scoring work for several Jim Jarmusch films, including Stranger Than Paradise (1986), Down By Law (1988), and Mystery Train (1989).

One might be forgiven for mistaking the Lounge Lizards' debut album for a traditional jazz release at a glance, what with the two Thelonious Monk covers and the participation of producer Teo Macero (who had previously worked with such heavyweights as Miles Davis, Dave Brubeck and Ella Fitzgerald, to name just a few). No, while there's definitely great respect shown here for the jazz tradition, the members are obviously coming at it from different backgrounds -- most especially guitarist Arto Lindsay, whose occasional atonal string scraping owes far more to his experience in New York City's no wave scene than to quote unquote traditional jazz. In fact, the two aforementioned Monk covers seem a strange choice when you actually hear the band, which has more in common with sonic experimentalists like Ornette Coleman or Sun Ra. That's not to say that this is too experimental; saxophonist and lead Lizard John Lurie knows when to blow noise and when to blow melody, and ex-Feelies drummer Anton Fier  manages to infuse a good rock feel into the drum parts even when he's playing incredibly complex rhythms. The end result is a album that neatly straddle both worlds, whether it's the noir-ish "Incident on South Street," the art-funk of "Do the Wrong Thing," or the thrash-bebop found in "Wangling"." (AMG)

link in comments 

3 komentarze:

pausts pisze...

link

mietek pisze...

"Mogę tylko żałować, że ta muzyka do nas wtedy się nie przedzierała. Stan wojenny skutecznie zablokował radio i telewizję. Mundury, czarne garnitury i okulary spawacza załatwiły nam właściwe piosenki. "

co on pierniczy??? ja doskonale pamiętam te płytę z radia z tamtych lat właśnie. Non Stop też o nich pisał. naprawdę, jak się ludzie wtłoczą w szufladki (stan wojenny), to już kaplica.

ja byłem właśnie zdziwiony widząc jakąś płytę Lounge Lizards datowaną 1999! jescze bardziej zdziwiony, że była świetna.

Ankh pisze...

Dobrze, że to jakiś Grzegorz Mucha firmuje, a nie pausts :)))) Nie denerwuj się tak towarzyszu Mietku :))) Pozdrawiam

The Savage Saints Designed by Templateism | Blogger Templates Copyright © 2014

Autor obrazów szablonu: richcano. Obsługiwane przez usługę Blogger.