Our Blog

808 Ridge - Community College Coffee House Crowd (1969)





Przebudzenie na kampusach?
Andrzej Zwaniecki

(...) Działalność polityczna na uczelniach amerykańskich nie jest niczym nowym. Ale po zmierzchu kontrkultury przeszły przez nie tylko dwie znaczące fale protestów - na rzecz wycofania amerykańskich inwestycji z Republiki Południowej Afryki w latach 80. i poprawy warunków pracy w "fabrykach potu" w latach 90. Były też incydentalne akcje na rzecz równouprawnienia gejów i lesbijek. Z różną intensywnością wracały protesty związane z kwestiami rasowymi. Stosunkowo nowym zjawiskiem były akcje konserwatywnych studentów, którzy demonstrowali poparcie dla wojny z Irakiem i sprzeciw wobec aborcji. W ostatnich latach studenci coraz liczniej zasilali też grupy protestujące przeciwko globalizacji, w tym głównie przeciwko negatywnym skutkom niepohamowanej ekspansji ponadnarodowych koncernów, na rzecz ochrony środowiska naturalnego i poprawy warunków pracy. Ale o ile uczestnicy demonstracji antyglobalizacyjnych troszczyli się o los wyzyskiwanych robotników w azjatyckich oddziałach dużych przedsiębiorstw amerykańskich, to nie zwracali uwagi na sytuacje najbardziej upośledzonych ekonomicznie robotników w USA.

Ta obojętność wobec krajowych problemów miała swoje uzasadnienie. W latach 90. Stany Zjednoczone przeżyły najdłuższy w historii okres koniunktury gospodarczej. Nadal zresztą, mimo spadku tempa przyrostu gospodarczego oraz wzrostu bezrobocia, nastroje społeczne są dalekie od pesymizmu. Znaczna część Amerykanów wciąż czerpie z korzyści majątkowych uzyskanych w minionej dekadzie, a liczba ludzi żyjących w ubóstwie, czyli zmuszonych do korzystania z pomocy socjalnej, w rezultacie reformy opieki społecznej spadła między rokiem 1994 a 2000 z ponad 14 do niecałych 6 milionów. O dobrym samopoczuciu Ameryki świadczy może najlepiej to, że w ostatnich latach największe emocje budziły... strajki aktorów i zawodowych sportowców, których przeciętne roczne zarobki są rzędu nie kilkunastu, ale kilkuset tysięcy dolarów rocznie; niedawny strajk w Hollywood całkowicie przyćmił uczelniane akcje na rzecz najmniej zarabiających oraz roszczenia płacowe latynoskich sprzątaczy i pomywaczy w Los Angeles.





Sensacyjne doniesienia o astronomicznych zarobkach aktorów, gwiazd sportu i dyrektorów wielkich przedsiębiorstw przesłoniły niemal zupełnie fakt, że mimo wielkiego wzrostu bogactwa w minionej dekadzie, płace na najniższych szczeblach drabiny społecznej praktycznie nie drgnęły. Ten rozziew między elitami i dołami społecznymi zaczął się również rzucać w oczy na najbardziej renomowanych uniwersytetach, które w ostatnich latach odnotowały rekordowe donacje. Na Harvardzie, gdzie ich pula wynosi 28 miliardów dolarów, zarobki sprzątaczy i pomywaczy są poniżej minimum socjalnego. To, oraz konsekwencje likwidacji przywilejów dla mniejszości rasowych, zwróciło uwagę studentów z wrażliwością społeczną wytrenowaną na walce z wyzyskiem szwaczek w Azji i niszczeniu lasów tropikalnych w Amazonii. Fala sit-inów, która przeszła przez amerykańskie uczelnie w ostatnich miesiącach, może świadczyć o tym, że globalna świadomość demonstrantów nowej generacji zyskuje lokalne oparcie.

Konserwatywni obserwatorzy przestrzegają przed wyciąganiem zbyt daleko idących wniosków ze sporadycznych protestów. Zwracają uwagę na to, ze uczestnicy ostatnich akcji na kampusach byli bardzo nieliczni - na Harvardzie doliczono się 26, na Penn State - prawie tyle samo. Tak wiec w przekonaniu sceptyków protesty na kampusach to niewiele wiecej, niż wiosenne zabawy bandy młodocianych lewaków, którzy nudząc się między sesjami wyjazdowymi ruchu antyglobalizacyjnego znaleźli sobie pretekst do zrobienia "zadymy" na miejscu.



Ale niezależnie od tego, kto ma racje i co wyniknie z ostatniego poruszenia na kampusach, można zastanowić się, co różni dzisiejszych aktywistów studenckich od ich poprzedników z lat 60. Kontrkultura była wyzwaniem dla systemu społecznego - kwestionowała wartości i instytucje społeczeństwa konsumpcyjnego i zmierzała do przewartościowań i przebudowy społecznej. Choć uwaga ówczesnych studentów początkowo skupiała się głównie na nierównościach społecznych, w tym przede wszystkim odmawianiu praw obywatelskich Murzynom oraz braku demokracji na uniwersytetach, to kampusy stały się szybko wylęgarnią idei i zachowań, które miały szerszy zakres i znalazły większy oddźwięk poza obrębem uczelni. W tej szerzej rozumianej kontrkulturze przeplatały się ze sobą nurty rewolucji politycznej, religijnej odnowy, odmowy służby wojskowej, powrotu do natury i narkotycznego odlotu od rzeczywistości, które zjednoczyły się w kulminacyjnym proteście przeciwko wojnie w Wietnamie.

Dzisiejsi działacze i demonstrujący studenci mają skromniejsze, ale bardziej konkretne cele, które w dużej mierze sprowadzają się do nieobciążania krajów Trzeciego Świata kosztami rozwoju w Pierwszym Świecie. Nie atakują establishmentu i imperializmu amerykańskiego, lecz międzynarodowe instytucje finansowe, które uważają za narzędzie ponadnarodowych koncernów. Nie zmierzają do przebudowy społecznej, lecz domagają się jedynie poddania biznesowych gigantów większej kontroli, zaprzestania wyzysku pracowników i niszczenia środowiska oraz skuteczniejszej akcji przeciwko epidemii AIDS. Pod tym względem nie różnią się od tradycyjnej lewicy, która jest antybiznesowa i prozwiązkowa.





Jeśli zaś idzie o demokrację na uniwersytetach, to niektóre działania, jak choćby akcja na uniwersytecie Brown, zmierzają nie do jej rozszerzenia, lecz zawężenia poprzez ograniczenie wolności słowa.

Nowi aktywiści, którzy demonstrują przeciwko globalizacji inwestują również dużą część energii w sprawy lokalne i mające znaczenie dla małych grup i środowisk, w przekonaniu, że przy uwzględnieniu różnych życiowych konieczności takie projekty łatwiej będzie zrealizować, niż rewolucję społeczną. Protest.Net, jedno z licznych miejsc w Internecie stanowiących punkty oparcia dla demonstrantów wszelkiej maści, nawołuje potencjalnych sojuszników, by nie czekali na "idealną sprawę", lecz zajęli się jednym konkretnym problemem. Autor zamieszczonego tam poradnika aktywisty stwierdza, że choć chciałby zbawić świat na milion sposobów, to wie, że jest to niewykonalne ze względu na naukę, prace i inne zobowiązania. To dlatego na młodzieżowych demonstracjach obok haseł antyglobalizacyjnych pojawiają się żądania typu Free Mumia!, odnoszące się do czarnoskórego dziennikarza z Filadelfii, Mumii Abu-Jamala skazanego na karę śmierci za zabójstwo policjanta, czy transparenty koalicji na rzecz wolności w Birmie.

Widziany z tej perspektywy nowy ruch protestu motywowany jest bardziej duchem anarchizmu, niż odpryskami wielkich ideologii, jak kiedyś kontrkultura. Wystrzega się on formalnych struktur i centralnych ciał, ograniczając się w zasadzie do działań partykularnych i lokalnych. Choć w jego ramach istnieją zorganizowane grupy, to ich wpływy nie są porównywalne z oddziaływaniem takich organizacji jak Student Non-Violent Coordinating Committee czy Students for a Democratic Society z przełomu lat 60. i 70. Ówczesnych patronów Marksa i Mao Tse-tunga zastąpili dziś Bakunin i Ralph Nader, animator ruchu konsumenckiego w USA.

Mimo amorficzności owa konstelacja jednostek, grupek i klubów zainteresowań, które na co dzień istnieją w oderwaniu od siebie, potrafi skrzyknąć się i działać wspólnie dzięki nowoczesnym środkom telekomunikacji. O ile bowiem hippisi lansowali hasło powrotu do natury i wyrzeczenia się techniki niszczącej ich zdaniem jakość życia, to nowe pokolenie demonstrantów posługuje się nowoczesną techniką bez zażenowania. Dzięki notebookom, Internetowi, e-mailowi, instant messaging, telefonom komórkowym i pagerom nowi aktywiści utrzymują łączność i koordynują swoje działania. To dzięki tym urządzeniom udaje im się niejednokrotnie uprzedzić lub przechytrzyć policję.

Kontrkultura, uderzając w tradycyjne wartości i normy moralne, wywołała najpierw szok, a następnie głębokie przemiany polityczne i obyczajowe. Ale początkowo establishment w poczuciu zagrożenia reagował nerwowo, rozprawiał się nieraz z demonstrantami brutalnie, jak podczas konwencji demokratów w Chicago, lub wręcz krwawo, jak na Kent State University, gdzie Gwardia Narodowa zastrzeliła pięciu demonstrantów. Dzisiejszy establishment na ogół nie interesuje się demonstracjami studenckimi, a władze patrzą na nie z pobłażaniem. W Seattle, Pradze, Genui i w innych miastach, które były areną protestów antyglobalizacyjnych, doszło do konfrontacji między demonstrantami a siłami bezpieczeństwa. Ale to prowokacje "zadymiarzy" wywoływały te starcia, a nie brutalna szarżą policji. Ostatnio policja, która wkroczyła do okupowanego budynku administracji na Harvardzie, miała w rękach nie pały, lecz dezodoranty i kanapki dla uczestników strajku.



Nowa lewica lat 60. była traktowana nieufnie przez związki zawodowe, które wówczas przeżywały szczyt potęgi i których przywódcy zaliczali się do establishmentu. Dziś demonstranci współpracują w pierwszym rzędzie ze związkowcami i coraz częściej saą przez nich szkoleni. I o ile dawniej studenccy aktywiści szukali sojuszników wśród polityków Partii Demokratycznej, przywódców murzyńskich i rozczarowanych weteranów wojny wietnamskiej, to dziś chętniej odwołują się do poparcia zielonych, organizacji konsumenckich i Hollywoodu. Np. demonstranci z Harvardu skłonili aktorów Bena Flecka i Matta Damona do publicznego wystąpienia na rzecz ich sprawy.

Zbuntowani z lat 60. zanegowali nie tylko wojnę w Wietnamie i pogoń za dobrami materialnymi, ale także organizację społeczną i moralność - rzucili wyzwanie instytucji małżeństwa i rodziny, radykalnie zmienili obyczajowość i mod. Znamionami wpisania się w nową kulturę było porzucenie rodzinnego domu i przywdzianie zwiewnych, kolorowych szatek. Ówczesni gniewni świadomie prowokowali, szokowali i obrażali swoim zachowaniem albo, w najlepszym razie, nie troszczyli się o to, co myślą ich rodzice czy profesorowie. Dzisiejsi demonstranci swoim zachowaniem nie uruchamiają żadnej kulturowej zmiany - nie kwestionują zasad organizacji społeczeństwa ani liberalnego stylu życia swoich rodziców. Nie wyróżniają się też z plecaczkowego tłumu stylem ubierania się ani zachowaniem. Najczęściej są grzecznymi dziećmi i dobrymi studentami. Uczestnicy protestu na Harvardzie, którzy mieli ze sobą notebooki i podręczniki, uczyli się w czasie strajku, aby nie zarwać sesji. Po zakończeniu protestu posprzątali po sobie. W 1969 r., kiedy na tej samej uczelni długowłosi studenci zajęli gabinet prezydenta uczelni, przywódca akcji protestacyjnej rozsiadł się w jego fotelu z nogami na biurku i strzepywał popiół z cygara na wyłożoną dywanami podłogę.

Chłopców i dziewczyny z tamtych lat cechowała większa fantazja. Pomijając już wspomnianą modę, wiele protestów lat 60. miało charakter teatru ulicznego - trupa Bread and Puppet zatarła granice między tradycyjnym spektaklem, agitką a demonstracją, a Abbie Hoffman i Jerry Rubin przedrzeźniali zachowania establishmentu - przed hala, w której odbywała się konwencja nominacyjna Partii Demokratycznej w Chicago, nominowali żywą świnię na prezydenta, a w siedzibie nowojorskiej giełdy zasypali parkiet jednodolarowkami i z rozbawieniem obserwowali, jak lokaje kapitalizmu rozbiegli się, aby je zbierać. Tamto pokolenie w zasadzie starało się rozbroić policję za pomocą humoru, pokojowego przesłania i kwiatów. Dzisiejsi antyglobalizacyjni "zadymiarze" wzorują się bardziej na chuliganach ze stadionów piłkarskich, niż na awangardowym teatrze, a reszta demonstrantów jest dużo bardziej prostolinijna.

Wydarzenia lat 60. i 70., ambicje i marzenia ówczesnego pokolenia znalazły znaczące odzwierciedlenie w literaturze, filmie i pop-kulturze, od Easy Ridera, Zabriskie Point i Strawberry Statement poczynając, a na festiwalu Woodstock i musicalu Hair kończąc. Nowe protesty jak dotąd nie znajdują żadnego wyrazu w filmie i muzyce popularnej. Piosenki zbuntowanych indywidualności, jak Alanis Morissette czy biały raper Eminem, nie stały się hymnami studenckich aktywistów, a skomercjalizowane próby odgrzewania festiwalu Woodstock zakończyły się w ubiegłym roku wybuchem nie radości, lecz wandalizmu. W kinie filmem wyrażającym najlepiej tęsknoty znacznej części młodego pokolenia jest Boiler Room, pod którym nie podpisałby się żaden z uczestników ostatnich demonstracji. Pokazuje on, że niekwestionowanymi idolami młodego pokolenia stali się nie buntownicy podważający establishment, lecz chciwi ludzie interesu (w Internecie i gdzie indziej), którzy chcieli wejść w jego skład w przyśpieszonym tempie.

Właściwie jedynym odpryskiem działalności zaangażowanych studentów na dużym ekranie jest postać prawnika i byłego działacza studenckiego, który pomaga założyć związek zawodowy meksykańskim sprzątaczom w nowym filmie Kena Loacha Bread and Roses.

Jeśli porównania wypadają nieraz niekorzystnie dla nowych aktywistów, to należy pamiętać, że sytuacja jest dziś zupełnie inna niż u schyłku lat 60. Po krachu ostatniej wielkiej ideologii Ameryka jest u szczytu potęgi niemal pod każdym względem. Duch kontrkultury, jeśli nawet nie wszystkie jego idee, przeniknął do głównego nurtu społecznego wyrażając się w swobodnym stosunku do seksu, płciowości i rodziny. Liberalizacji uległo wychowanie i edukacja publiczna. Hasła powrotu do natury i uduchowienia codziennego życia zaowocowały kultura nowej ery, obejmującą coraz popularniejsze alternatywne style życia. W tej sytuacji bunt często oznacza protest z pozycji konserwatywnych - przeciwko przedślubnym stosunkom seksualnym, aborcji, oficjalnemu sankcjonowaniu związków homoseksualnych. W innych przypadkach niejako skazany jest na problemy wykraczające poza granice społeczeństwa, polityki i kultury amerykańskiej albo małe, konkretne sprawy z najbliższego otoczenia. O ile sytuacja gospodarcza i społeczna zasadniczo się nie zmieni, nie ma większych szans na to, by demonstracje i protesty poruszyły opinie publiczną i zaapelowały do wyobraźni artystów młodego pokolenia.



Politics and the Antiwar Movement

The United States first involved itself in the Vietnam War in 1950, when President Harry Truman began to underwrite the costs of France's war against the Viet Minh.

Later, throughout the fifties and early sixties, the United States' stepped up its political, economic, and military commitments in Indochina. This took place under Presidents Dwight Eisenhower and John F. Kennedy. In opposition to the increased American presence in Vietnam, many prominent senators had began to criticize the administration's decisions. By 1965, this antiwar sentiment became mainstream, as demonstrated by the mass antiwar movement that occurred in the summer of 1965. In its later stages, the antiwar movement greatly influenced US military policy.

U.S. Bombing of North Vietnam

In 1965, the US launched its strategic bombing of Northern Vietnam. Yet, North Vietnamese leader Ho Chi Minh refused to listen to American demands, and the continued bombings and the increasing number of American fatalities in Vietnam soon became fuel for a growing antiwar movement. As public opinion against the bombings intensified, a bombing pause from May 12 to the 17, of 1965 was announced.

"Our Boys in Vietnam"

In order for proponents of the war to maintain their popularity, they associated their stance with "support for our boys in Vietnam." Nevertheless, even along the front in Vietnam, the antiwar movement was spreading. Combat troops began to wear antiwar symbols, and showed their opposition to the war with peace signs, movement salutes, and even demonstrations. For example, during the November 1969 Antiwar Mobilization, one unit boycotted its Thanksgiving Day dinner. But more often, the nature of the resistance on the front was far more serious. From desertion to killing higher-ranking officers, individual acts of rebellion soon merged into mutinies and large-scale resistance.

Johnson's White House

Between the late summer of 1965 and the fall of 1966, President Lyndon Johnson increased United States military presence and bombing in Vietnam. During this time, antiwar demonstrators proved to be a force to be reckoned with on the governmental level. President Johnson retaliated against protestors by using the legal system to restrict White House picketers. These restrictions included limited numbers of demonstrators in certain zones and demanding permits for every antiwar activity. But even with this legal harrassment, antiwar demonstrators continued to be a problem for the Johnson administration.



1967

1967 proved to be a tumultuous year for President Johnson. The US military presence in Vietnam was losing strength. The White House continued to be plagued by two wars: the war in Vietnam and the "war at home" ignited by the antiwar movement. And public opinion was shifting farther and farther away from supporting "our boys in Vietnam." In addition, 1967 was witness to a number of city riots; the most deadly of which occured in Detroit. The media showed that the social and moral makeup of America was changing as well, as hippies, drugs, and free sex infiltrated the country's youth. Indeed, the antiwar movement was debilitating Johnson's presidency and shocking the nation.

The Hawks and the Doves

In mid-1967, more and more Americans began to oppose the costly American involvement in Vietnam. By 1968, only slightly more than 25% of the population approved of Johnson's military decisions. Among the most vocal of the critics were the hawks. Although the hawks supported the war, they believed that Johnson was not giving his generals enough freedom. The hawks wanted to continue the bombings over Northern Vietnam and remove the shackles from American generals.

The doves comprised another group of critics with whom Johnson was forced to reckon. Usually Democrats and blue-collar workers, the doves wanted Johnson to end the American involvement in Vietnam immediately. The doves were far more vocal and visible than the hawks, and organized extensive antiwar demonstrations. In addition, many of the doves came from the ranks of the media and the Democratic Party, which contributed to the group's detrimental effect on Johnson's presidency.

1967 saw public support for the war further decreased, and President Johnson counteracted public opinion by overselling the modest gains of his military commanders. Against this backdrop came a turning point for Johnson's presidency: the October 1967 March on the Pentagon, one of the most significant events of the antiwar movement. Although the marchers were unable to levitate the besieged Pentagon, their demonstrations had a direct influence on the redirection of American policy in Vietnam, and also contributed to the destruction of Lyndon Johnson's presidency.



Protest in the Capital

The antiwar demonstrations at the Pentagon marked the beginning of the end for American involvement in Vietnam. Johnson's administration was besieged by protests and civil disobedience, and numerous arrests were made. Many of the protestors ventured to march on government grounds, surrounding such structures as the Lincoln Memorial. Although the public reaction to the events in the capital was mixed, most Americans did not approve of the protests in the capital. For many, the protests were symbolized by televised images of rebellious hippies taunting courageous, clean-cut United States soldiers.



The Tet Offensive

With the bad taste still in their mouths from the tumultuous March on the Pentagon, Americans were shocked again by the communists' Tet Offensive on January 31, 1968. The serious nature of the offensive was proof of Johnson's previous overselling of American progress in Vietnam, and Americans realized the true gravity of the war. Finally, public opinion became an influential factor in Johnson's decisions regarding the war. And in March of 1968, Johnson withdrew his candidacy for reelection, and opened the U.S. to peace talks with the communists.

Nixon is Elected

After the termination of Johnson's term, President Richard Nixon was elected to office. Nixon, along with many of his advisors, believed that the antiwar movement was a negative force because it prolonged the war. With this conviction, Nixon assumed the presidency with a secret plan to end the war.

Nevertheless, the casualties and bombings continued as President Nixon increased pressure on the communists, issued a deadline for the communists, and kept many of his plans secret from the American public.

The Public Demands an End to War

It was not long before the American people realized that the state of the war was not improving, despite Nixon's promises to end the war. Antiwar critics were soon privy to Nixon's poor management of Vietnam, and prepared for another campaign of petitions and demonstrations. In October of 1969, a series of successful antiwar demonstrations were spurred on by the passing of Nixon's "deadline" for the communists and his failure to follow through with his strategy. The public, led by a strong antiwar sentiment, demanded a more rapid withdrawal from Vietnam than Nixon had anticipated.

Invasion of Cambodia Spurs Tragedy at Kent State

In May of 1970, Nixon endeavored to buy time for Vietnamization via an attack on Cambodia. Unfortunately for Nixon, this action provoked a series of fervent antiwar protests across the nation. But on May 4, 1970, protest ended in tragedy at Kent State University, when Ohio National Guardsmen killed four students following an antiwar demonstration. The tragedy at Kent State ignited a wave of college campus demonstrations that crippled America's universities. Between May 4 and May 8, campuses witnessed an average of 100 demonstrations a day, 350 campus strikes, 536 college shut-downs, and 73 reports of violent campus protests. By May 12, only eight days after the tragedy at Kent State, over 150 colleges were on strike.

Nixon Withdraws Troops

The overwhelming response to the invasion of Cambodia and the Kent State crisis soon became too much for President Nixon. On December 15, he announced his intention to withdraw fifty thousand troops from Vietnam in 1970.

The Movement Declines

At the closing of many of the nation's universities, Americans witnessed a dramatic decline in antiwar activity. Campus demonstrations and dove rallies, as well as the size of the crowds participating in them, greatly declined after the spring of 1970. Still, in August of 1970, a young researcher at the University of Wisconsin was killed when the building in which he was working was fire bombed by antiwar activists. But in general, the movement was winding down and Nixon gradually regained popularity.

The End of the War

After the fall of Saigon, Nixon's administration was paralyzed by the Watergate scandal, which prompted him to resign in August of 1974. During this period, he was too weak to argue with Congress over the issue of renewing American military commitment in Vietnam. Although the new president, Gerald Ford, wanted to increase military aide to the faltering Saigon regime in 1974, the heavy casualties already endured by the nation made Congress refuse.

While many believe that the movement contributed to the end of the war by exerting pressures directly on Johnson and Nixon, perhaps more significant was the indirect pressure manifested by the movement. Indirectly, the antiwar movement influenced the outcome of Vietnam by turning public opinion against the war.

It is clear that the criticism of the Vietnam War instigated by the antiwar movement had a significant impact on the American withdrawal from Vietnam. Although at times the shockingly violent nature of antiwar protest was actually seen as disruptive and un-American, the movement was generally successful at eroding public support for Presidents Johnson and Nixon. Through constant confrontation and demonstration, the antiwar activists, the media, and the nation's college students helped to turn public support away from the war and those in Washington who managed it.

Perhaps above everything else, the antiwar movement of the 1960s influenced the war by proving to be a force to be reckoned with on the national level.

The movement affected even those at the highest ranks of the government and the media, putting pressure on government officials to end the war in order satisfy an angry American public. In this way, the antiwar movement was an extremely important event in our history, and evidence of the power of people united. (library.thinkquest.org)

Thanks to Mike Musiclover for sharing


link in comments

2 komentarze:

Ankh pisze...

link

Kalashnikov Collective pisze...

Hi friend! can you repost this?
thanx a lot, yout blog is amazing!
ste -k.collective

The Savage Saints Designed by Templateism | Blogger Templates Copyright © 2014

Autor obrazów szablonu: richcano. Obsługiwane przez usługę Blogger.