Our Blog

Tim Hardin - Hang On To A Dream:The Verve Recordings (1994)



Komentarz naszego czytelnika (Bydloga) skłonił mnie do przedstawienia sylwetki jednego z zapomnianych "wielkich" przełomu lat 60-tych i 70-tych - Tima Hardina.

Tim Hardin (1941-1980) – urodził się w Eugene w stanie Oregon i tam przebywał do 18 r. życia. Chociaż jego dzieciństwo, jak sam twierdził, nie było szczęśliwe, to jednak rodzice obdarzyli go miłością do muzyki. Jego matka robiła karierę w muzyce klasycznej a ojciec był jazzowym basistą.

Po ukończeniu szkoły wstąpił do piechoty morskiej (marines), aby uciec z ograniczającej go, surowej rodziny. Jednak wojskowa dyscyplina była zupełnie nie do pogodzenia z jego bardzo zmiennymi nastrojami). Gdy powrócił w 1961 r. do domu po zakończeniu służby na Dalekim Wschodzie, był już nałogowym heroinistą.

W tym samym roku przybył do Nowego Jorku z zamiarem zostania aktorem. Wstąpił do Amerykańskiej Akademii Sztuk Dramatycznych i tu zetknął się z folkowymi kręgami Greenwich Village. Później pojawił się na Harvardzie, gdzie nauczał na wydziale muzykologicznym. Zaczął występować w tym mocnym (Boston, Cambridge) folkowym środowisku (w klubie Unicorn i innych), w którym w tym czasie wiodącymi postaciami byli Tom Rush i Joan Baez. Ale nawet wtedy separował się od innych, głównie z dwu przyczyn. Po pierwsze był entuzjastą jazzu. A po drugie był obojętny na lewicowo-liberalne protest songi Boba Dylana, Phila Ochsa, Joan Baez i innych.

Był także muzykiem wyjątkowo mocno skoncentrowanym na swoim wewnętrznym życiu i związkach. Wierzył także, iż jego piosenki tak naprawdę nie należą do niego; on jest jedynie kanałem dla muzyki, która już istniała gdzieś poza nim.

Prawopodobnie w sierpniu 1964 r. podpisał roczny kontrakt z Columbią. Odbyło się kilka sesji nagraniowych, na których Hardin koncentrował się głównie na bluesie i folku oraz na swoich piosenkach utrzymanych w tych stylach. Często używał elektrycznej gitary, czyli wyprzedził samego Boba Dylana. Nagrań tych wtedy nie wydano i kontrakt się skończył.

Jednak w ponad rok później podpisał kontrakt z nową filią MGM Verve-Forecast i w 1966 r. zaczęły się ukazywać jego pierwsze nagrania. Nastąpił 8-miesięczny złoty okres piosenkarza od końca 1965 do drugiej połowy 1966 r. Artysta komponował swoje utwory w Los Angeles, w pokoju w mieszkaniu także heroinisty, słynnego komika Lenny'ego Bruce'a.

Wtedy także spotkał swoją muzę Susan Morss, aktorkę, która pod artystycznym pseudonimem Susan Yardley grała w popularnej serii telewizyjnej The Young Marrieds. Jego klasyczna piosenka "Lady Came from Baltimore" jest zmitologizowanym opisem ich związku. Uromantycznił siebie przedstawiając się jako postać poza prawem, co można odnosić do jego nałogu, ale przedstawiał siebie jako renegata i twierdził (fałszywie), że jest krewnym słynnego XIX-wiecznego wyjętego spod prawa Johna Wesleya Hardina. Nieustanne napięcia w ich związku spowodowane jego nałogiem, zdominowały resztę jego kariery i życia.

Pierwszy album Tim Hardin 1 ukazał się w połowie 1966 r. Była to bardzo dobra płyta, z której "Reason to Believe" rozsławiona została później przez Roda Stewarta. 12 piosenek reprezentowało pełny zakres stylów, które na niego wpłynęły; od delikatnego, zmysłowego popu po ostry rhythm and blues. W nagraniu albumu wziął m.in. udział John Sebastian.

W kwietniu 1967 r. ukazał się drugi album artysty Tim Hardin 2, jedna z najlepszych płyt lat 60. Co ciekawe, wbrew modzie na wydłużanie utworów, większość piosenek trwała zaledwie ok. 2 minut. Wydaje się dziwne, że Hardin po wydaniu całkowicie skrytykował album twierdząc, że według jego zamiarów miała to być płyta właściwie tylko śpiewana przez niego przy akompaniamencie gitary, a aranżer, któremu dał taśmę z tymi piosenkami, dodał do tego zespół muzyczny.

Mimo tego, że te płyty nie cieszyły się wielkim powodzeniem, materiał był tak świetny, że wiele piosenek Hardina było wykonywanych przez innych artystów. Najbardziej znany z nich jest utwór "If I Were a Carpenter", który w wykonaniu Bobby'ego Darina stał się przebojem numer 1 w październiku i listopadzie 1966 roku. W dwa lata później słynna grupa The Four Tops także sięgnęła po ten utwór, z takim samym komercyjnym sukcesem. Jeszcze później ten sam utwór stał się przebojem duetu Johnny Cash & June Carter.


Był to świetny okres w życiu artysty; miał dwie udane płyty, szansę na zawojowanie Ameryki, wiódł chyba idylliczne życie rodzinne z żoną Susan Morss i synkiem Damianem urodzonym w lutym 1967 r.

Niestety wkrótce nałóg heroinowy w połączeniu z jego wrażliwą i delikatną psychiką pchnęły go kierunku samodestrukcyjnych działań i niemożności wykorzystania swego sukcesu i innych nadarzających się okazji. Ze względu na nałóg ale i niezwykłą tremę nie mógł często występować. Gdy w lipcu 1968 r. przybył do Wielkiej Brytanii, otrzymał propozycję tournée ze znakomitą grupą Family; skończyło się na jednym występie w Royal Albert Hall w Londynie. Już po trzecim kawałku zwolnił swój zespół akompaniujący i występował solo. Otrzymał znakomite recenzje.

We wrześniu 1967 r. ukazał się kolejny album (wydany przez Atlantic) This Is Tom Hardin, który zawierał także materiał nagrany jeszcze przed pierwszą płytą.

W kwietniu 1968 r. artysta nagrał swój koncert w Town Hall w Nowym Jorku, który ukazał się na dobrym albumie Tim Hardin 3 we wrześniu tego roku. Hardin wykonał swoje najlepiej znane utwory, ubarwiając je jazzowymi akcentami.

W maju 1969 r. ukazał się album Tim Hardin 4, mieszkanka starych, niewydanych utworów własnego autorstwa, jego opracowań tematów folkowych i bluesowych oraz nagrań opisanych jako pochodzących z tego samego koncertu w Town Hall, ale być może nagranych jeszcze na sesjach dla Columbii. Słychać wyraźnie, że większość utworów z This Is Tim Hardin i Tim Hardin 4 pochodzi jeszcze z okresu zanim artysta ukształtował swój styl.

W drugiej połowie 1968 r. Hardin podpisał kontrakt z Columbią. Został posłany do Nashville w Tennessee, gdzie dokonał nagrań, które ukazały się dopiero po 30 latach na zbiorczym albumie Simple Songs of Freedom. Pierwsza jego płyta dla Columbii ukazała się w czerwcu 1969 r. i nosiła długi tytuł Suite for Susan Moore and Damion – We Are One, One, All in One.

Płyta była ambitna. Zawierała kilka konwencjonalnych utworów przedzielonych mówionymi pasażami i na wpół improwizowanymi utworami, o wyraźnie bluesowym charakterze. Płyta miała charakter bardzo osobisty i dotyczyła jego życia rodzinnego. Album ten był śmiałą próbą poszerzenia a nawet przekroczenia granic emploi artysty. Płyta była nagrywana w domu artysty. Każde pomieszczenie było naszpikowane mikrofonami podłączonymi do centralnej konsoli. Ilekroć artysta czuł natchnienie (a zwykle trwało to klika minut), zawiadamiał mieszkającego w pobliskim hotelu Gary'ego Kleina, który przychodził i nagrywał wszystko. Mimo że płyta ta poświęcona była jego rodzinie, to właśnie w tym okresie Hardin-ojciec i mąż zaczął przegrywać z Hardinem-narkomanem.



Columbia żądała od artysty przebojowego singla, ale Hardin nie potrafił komponować na rozkaz. Ratunek przyszedł od Bobby'ego Darina, który z wdzięczności za "If I Were a Carpenter" dał mu piosenkę "Simple Song of Freedom", którą Tim nagrał ze świetnymi muzykami stydyjnymi (m.in. z Bernardem Purdie). Utwór dotarł do 50 pozycji na liście przebojów, co dało szansę na przełamanie złej passy i wejścia do szeregu najpopularniejszych wykonawców. W tym celu trzeba było nagrać drugiego przebojowego singla i wyruszyć na ogólnoamerykańskie tournée. Ale Hardin nie miał ani żadnej piosenki, ani sił na turę koncertową.

W sierpniu 1971 r. ukazał się jego drugi album dla Columbii Bird on a Wire; najlepsza jego płyta nagrana w latach 70. Nie miała już oczywiście tego optymizmu, co wcześniejsze nagrania – artysta wiedział, że utracił już właściwie wszystko bezpowrotnie. Głównym utworem albumu była kompozycja Leonarda Cohena "Bird on a Wire". Znakomitym utworem był także "Love Hymn", rodzaj gorzkiego lamentu po odejściu żony. W nagraniu płyty, która zebrała pozytywne recenzje, wzięli m.in. udział muzycy ze świeżo powstałego zespołu Weather Report.

W lutym 1972 r. Hardin opuścił Woodstock (gdzie mieszkał od ponad 3 lat, nie kontaktując się zresztą z innymi artystami) i udał się do Anglii, gdzie poddał się leczeniu narkomanii. I tutaj także nagrał swój kolejny album Painted Head z najlepszymi brytyjskimi muzykami studyjnymi (m.in. Peterem Framptonem). Niestety nie było na nim ani jednej nowej jego kompozycji.

Wkrótce podpisał kontrakt z firmą GM Records, która wydała jego album Nine. Znalazło się na nim m.in. 6 oryginalnych utworów. Stała się też ostatnim całkowicie ukończonym albumem artysty.

Po jego wydaniu w czerwcu 1973 r. Hardin zniknął z widoku. Był rozpatrywany (obok Tima Buckleya) do zagrania postaci Woody'ego Guthrie w filmie biograficznym, ale nic z tego nie wyszło. W ciągu około 10 lat, kilkakrotnie dochodziło do czasowego pojednania między nim a byłą żoną.

W 1976 r. artysta powrócił do USA i zamieszkał w Seattle. Od czasu do czasu pojawiał się w klubach, gdzie występował. Jego występy były nierówne; potrafił zupełnie zniszczyć kiepskim wykonaniem jakiś utwór, a w minutę później porywać publiczność śpiewając przez dwie godziny a cappella.

W 1980 r. w telewizyjnym dokumencie o nim (zrobionym z okazji nagrania koncertowego albumu The Homecoming Concert) mówił m.in. o swoim nałogu, dlaczego używał heroiny i dlaczego znów ją weźmie. Raczej żałował, że porzucił nałóg i święcie wierzył, że był w lepszym zdrowiu, gdy był narkomanem, a po kuracji antyheroinowej bardzo przytył. Mówił także, że sprzedał prawa do swoich piosenek za 23 mln. dol., których nigdy nie otrzymał. Koncertowy album został nagrany w styczniu 1980 r. w rodzinnym mieście artysty Eugene w Oregonie.

Wkrótce po tym występie muzyk przeprowadził się do Los Angeles aby być bliżej syna Damiona i Susan. Bardzo się zmienił.

Ważył już ponad 200 funtów i stracił włosy. Groził Susan, że jeśli do niego nie wróci – zabije się. We wrześniu tego roku Susan z synkiem opuściła Los Angeles aby ukryć się przed Hardinem.

29 grudnia Tim Hardin zmarł po wzięciu dużej dawki heroiny. Było to tuż po śmierci Johna Lennona i nikt właściwie się nie dowiedział, że Hardin także zmarł.

Został pochowany na Twin Oaks Cemetery w Turner w stanie Oregon.

W latach 90. przywrócono pamięć o tym znakomitym artyście wydając antologie (Polydor) i niewydane utwory (Columbia). Robert Plant znów uczynił przebojem "If I Were a Carpenter" w 1993 r.

Pozostaje do dziś pytanie, jak Hardin mógł stracić tak całkowicie swój dar. Cześciowej odpowiedzi udzieliła Susan Morss.

Opisała artystę jako introspektywnego pisarza, mocno związanego ze swoimi emocjami. Gdy narkotyki zerwały więzi z jego uczuciami – nie miał już o czym pisać. I to był koniec. (wikipedia)


It was the fag end of the summer of '66 when a sharp-suited singer walked onto my TV screen and sang "If I Were A Carpenter". I just couldn't believe that Bobby Darin, hitherto famous for songs such as "Mack The Knife" and "Multiplication", was singing what I presumed to be a beautifully arranged traditional folk song, in the same vein as "The Raggle Taggle Gypsy" or "Black Jack Davey". I set out the following day in search of the album, which I found in a local record shop, then dashed home to persuade my mother to go into the shop on my behalf - I just couldn't bear to be seen buying a Bobby Darin record. The album was a real gem - the track listing boasting several Tim Hardin songs (a name I hadn't previously heard). Each of the songs was a mini-masterpiece. I don't think any of the songs lasted more than two and a half minutes, but that was it, I was hooked.

Tim Hardin was born in Eugene, Oregon on December 23rd 1941. His parents Molly and Hal had both been musicians: his mother had once had a career in classical music, his father at one played bass. Tim spent a great deal of time during his formative years under the strict supervision of his maternal grandmother who went by the wonderful name of Manner Small. Tim had known from the outset that he wasn't like the rest of the boys in the small lumber town. He wanted to act and to sing. When he eventually left Eugene, it was to join the Marines, not one would say, the most direct route to an acting or singing career. He was shipped out east and came back, like many of his fellow soldiers nursing a deadly heroin habit.

Leaving the Marines in 1961 he returned briefly to Eugene, before moving to Greenwich Village, where he was enrolled at the rather grand sounding American Academy of Dramatic Art. In the village he met Karen Dalton (who is curiously in the position of gaining posthumous fame through the re-release of her second album It's So Hard To Tell Who's Going To Love You The Best on Megaphone) and Richard Tucker, and it was almost certainly their influence that encouraged him to think more seriously about his music.

He was dismissed from the Academy after skipping too many classes, and re-merged in Boston around 1963, where he received a call from Erik Jacobsen, a one-time banjo-playing folkie (and more recently producer of Chris Isaak). Jacobsen invited Tim down to New York to work on some songs. Tim moved back to Greenwich Village in 1964 and through Jacobsen, he gained an audition at Columbia Records. He was still on heroin and heavily into marijuana, and the resulting sessions were a nightmare. Columbia passed on him, But Jacobsen's faith was unshaken. Eventually, Tim was placed with the partnership of Koppelman and Don Rubin, who were at that time working jointly on the Lovin' Spoonful. They found a home for Tim on the Verve-Forecast label, a division of MGM and Tim's first single, "How Can We Hang On To A Dream?" was issued in February 1966.



His first album Tim Hardin 1 was released in the summer of 1966, by which time he had married Susan Moehr - who was to be his muse for some of his finest love songs. None of Tim's albums sold well. He had a cult following that probably accounted for sales of between ten and fifty thousand per album. Even so the first album and its innovatively named follow-up, Tim Hardin 2, were two of the best albums of the 60's, influencing many artists, from those who covered his songs, Johnny Cash, The Small Faces, Waylon Jennings, Scott Walker and Bobby Darin (who threw away his toupee) to those artists such as Nick Drake, Astral Weeks-period Van Morrison, and latterly Ron Sexsmith who were influenced by him. When Ron Sexsmith was asked by his record producer to give some kind of reference as to how he wanted his debut album to sound like he told him to listen to the first two Tim Hardin albums.

In 1969 Hardin arrived in England to take what was then known as the "sleep cure" for heroin addiction. This involved the use of barbiturates to get over the initial withdrawal stage from heroin, sadly, Tim emerged from the "cure" addicted to barbiturates.

Back once more in the States, Tim was living in Woodstock, where he recorded a highly personal and confessional Suite for Susan Moore and Damion - We Are-One, One, All In One. There were no songs on this album for Bobby Darin to cover, but, in a strange reversal of fate, Tim covered Darin's "Simple Song Of Freedom" and it gave him his only "Hot 100" hit. Shortly after, his life in Woodstock took a downward turn when Susan left him. He then recorded his second album for Columbia: Bird On A Wire. Although there were few self-penned songs, for me, this was his finest moment. He makes Leonard Cohen's much-covered "Bird On A Wire" his own, with an impassioned vocal performance, and the entry of the choir just before the end, although potentially tacky, is one of his greatest moments on record. Hardin's version of the traditional song "Moonshiner" matches even Dylan's version and standards such as "Georgia On My Mind" are sang with real feeling in his voice. The strands of his varied life and musical influences, plus his fine vocal technique all come together and, with the sympathetic backing of jazz luminaries, like Joe Zawinul, the tracks were imbued with the depth of sweet melancholy that I had never before experienced. It was rather like pressing your tongue to a bad tooth - both painful, yet irresistible.

Tim, still in Woodstock, felt trapped. He had lost his driving licence and even though he had given up heroin again, he was drinking heavily, and like most alcoholics and substance abusers, Tim lost touch with his feelings, and hence his songs. He made one last record for Columbia Painted Head, which although a good workman-like album did not contain one original song.

Tim left Woodstock and went to England again, where as a registered addict, he could receive his heroin on the National Health. Whilst in London he and Susan had a brief reconciliation, but he lost her again and lost his songs too, by signing away the copyrights.

Returning to the USA he stayed in Seattle and then moved to Los Angeles to be close to his son, Damion. By this time, Tim cut a different figure, bald and overweight, almost unrecognisable, even to his old friends. He was on a downward spiral, hurting those close to him and back on heroin (he had been clean in Seattle).

During his last troubled months Tim worked once again with Don Rubin. They had two tracks ready for an album, but Tim Hardin died in Los Angeles on December 29th 1980. When the County Coroner's Office handed down its verdict, his death was "due to acute heroin/morphine intoxication".--- Ian Sharrock (triste.co.uk)

link to the blog that follow the album links

2 komentarze:

Bydlog™ pisze...

Dzięki wielkie, miły prezent na niedzielę !
Zrobię donate jak tylko będzie z czego.

Ankh pisze...

:)))

The Savage Saints Designed by Templateism | Blogger Templates Copyright © 2014

Autor obrazów szablonu: richcano. Obsługiwane przez usługę Blogger.