Our Blog

Can - Prehistoric Future (1968)



Początki Can datuje się na lato 1968 roku. Sprawcą całego zamieszania był niejaki Irmin Schmidt. Zanim zamarzyła mu się kariera muzyka rockowego, zdążył skończyć konserwatorium w Dortmundzie, gdzie studiował grę na fortepianie i waltorni. Miał również za sobą studia u mistrza awangardy elektronicznej, samego Karlheinza Stockhausena. Po kilku latach pracy najpierw jako kierownik chóru, a następnie dyrygent orkiestry kameralnej postanowił rozstać się z muzyką klasyczną. Jak wyznawał później w wywiadach, brakowało mu w koncertach symfonicznych kontaktu z publicznością, o który tak łatwo w muzyce rockowej. W tym samym czasie zaczął słuchać dużo amerykańskiego rocka. Szczególnie często sięgał po debiutancki album Franka Zappy Freak out oraz Are you experienced? Jimiego Hendrixa. Te płyty fascynowały go na tyle, że postanowił założyć zespół. Skontaktował się z amerykańskim flecistą Davidem Johnsonem, a następnie starym znajomym ze studiów u Stockhausena – basistą Holgerem Czukayem. W ten sposób powstał trzon zespołu, który przyjął nazwę Inner Space.Wkrótce za sprawą Czukaya trafił do zespołu młody gitarzysta i skrzypek Michael Karoli, z którym Czukay spotkał się w zespole Remofour. Do pełnego składu brakowało jeszcze perkusisty i wokalisty. Ale i z tym problemem Irmin Schmidt poradził sobie bardzo łatwo. Jesienią 1968 roku na etat wokalisty zgłosił się czarny Amerykanin, Malcolm Mooney. Początkowo zajmował się malowaniem i rzeźbieniem, później jednak odkrył w sobie kolejną pasję - śpiewanie. Poszukiwaniami perkusisty zajął się sam Schmidt. Wynalazł w końcu doświadczonego muzyka jazzowego Jaki Liebzeita, który wcześniej współpracował m.in. z Chatem Bakerem i Manfredem Schoofem.

Po skonsolidowaniu składu przyszedł czas na pierwsze koncerty. Członkowie, wtedy jeszcze Inner Space, na miejsce koncertowego debiutu wybrali zamek Norvenich, mieszczący się w pobliżu Kolonii. Przesiąknięci awangardowymi wpływami Stockhausena, nadali swojemu pierwszemu występowi charakter improwizowanego happeningu. Było to swoiste połączenie anarchistycznego hałasu, muzyki rockowej oraz elektronicznych szumów z magnetofonu. Koncert został udokumentowany na kasecie Prehistoric Future.


Mother Sky

Entuzjastyczne recenzje tego występu zachęciły muzyków do nagrania materiału studyjnego. W krótkim czasie nagrali ponad trzydzieści minut fascynującej i transowej muzyki. Szczególnie wyróżniają się kompozycje Butterfly, Nineteen Century Man oraz Uphill. Transowa sekcja rytmiczna i obłąkańczy głos Mooneya powtarzającego w kółko kilka słów sprawia, że czujemy jakbyśmy brali udział w mistycznym obrządku. Nie ma tu miejsca dla wypracowanych form, króluje spontaniczność i radość z grania muzyki. Niestety żadna z firm fonograficznych nie zaryzykowała wydania tych nagrań. (Płyta ukazała się dopiero w 1981 roku pod tytułem Delay 68’). Mniej więcej w tym czasie Mooney i Liebzeit wymyślili nową nazwę zespołu - CAN.



Muzycy Can zdawali sobie sprawę, że w przyszłości mogą mieć również trudności z wydaniem swoich nagrań. Nie czekając na pomoc z zewnątrz postanowili wydawać swoje albumy samodzielnie. Po okresie trudności i niepowodzeń nadszedł czas wzmożonej aktywności.Na początku 1969 roku grupa weszła ponownie do studia w Schloss Norvenich, żeby nagrać debiutancki longplay Monster Movie. Album został wydany na własny koszt w liczbie 500 egzemplarzy. Muzycznie Monster Movie jest rozwinięciem koncepcji, które pojawiły się już na Delay. Czyli przede wszystkim trans i brak ograniczeń. Dzięki temu, że Can mieli nieograniczoną swobodę nagrywania, powstał album, na którym wielką rolę odgrywają zespołowe improwizacje. Świetnie to słychać choćby w You Doo Right czy Father Cannot Yell. Długie kompozycje, podczas których każdy z muzyków rozwija swoje pomysły, nie tworząc przy tym chaosu, lecz piękne dźwięki. Płyta wywołała w Niemczech duże zainteresowanie. Okazało się, że zespół skazany przez wytwórnie fonograficzne na niepowodzenie, odniósł sukces. Nie pierwszy to raz szefowie wielkich koncernów się pomylili. Naprawiając swój błąd wydali Monster Movie ponownie pod koniec roku (United Artists ). Niestety, w tym samym czasie grupa rozstała się ze swoim wokalistą. Okazało się, że Mooney miał problemy z psychiką i zasięgnąwszy porady psychiatry powrócił do Ameryki. Irmin Schmidt podsumował to w ten sposób: „On był szczęśliwy muzycznie, ale nie w swoim życiu. Był czarnym Amerykaninem i nie czuł się dobrze w Niemczech.”


Paperhouse (1972)

Po przesłuchaniu kilkunastu wokalistów, w maju 1970 roku zaangażowano japońskiego śpiewaka ulicznego Damo Suzuki. Melody Maker napisał o nim: „więcej słów w mikrofon szeptał, niż śpiewał.” Sukces Monster Movie spowodował duże zainteresowanie muzyką Can ze strony reżyserów filmowych. Zespół wyspecjalizował się w muzyce filmowej. Nagrał utwory m.in. do Deadlock Rolanda Klicka, Cream Leonidasa Captanosa, a także Na samym dnie Jerzego Skolimowskiego. Jesienią 1970 r. wytwórnia United Artists wydała kompilację z tymi nagraniami (Soundtracks).W listopadzie 1970 r. Can zaczął nagrywać nowy materiał studyjny. Po kilkumiesięcznej, wytężonej pracy powstał podwójny album nazwany Tago Mago. Krytyk muzycznego pisma Sounds napisał: „porusza ciało, zachęca do tańca i jednocześnie jest odpowiednia do intensywnego słuchania w różnych stanach ducha”. Trudno nie zgodzić się z tymi słowami. Trzeba jednak dodać, że Tago Mago jest również najbardziej magiczną płytą Can. Magicznie brzmi głos Damo Suzuki, który potrafi zahipnotyzować słuchacza (Mushroom), magiczne i intrygujące są dźwięki generowane przez Czukaya (Oh yeah czy Aumgn). Przez cały album odczuwa się atmosferę przypominającą rytuał religijny. Zadziwia także to, że tą niesamowitą aurę muzycy potrafili wytworzyć przy pomocy dwuścieżkowego magnetofonu firmy Revox.

Jeszcze w 1971 roku zespół zaczął promować swoją najnowszą płytę na kilku koncertach, m.in. na Herzberger Pop Festiwal i w klubie Blowup w Monachium. Muzycy wzięli również udział w programie telewizyjnym Berlin am Freitagnachmittag. Pod koniec roku zespół zmienił miejsce pracy. Muzycy opuścili gościnne Schloss Norvenich i przenieśli się do własnego studia, które przyjęło nazwę Inner Space Studio. W lutym następnego roku Can dał darmowy koncert w Kolonii dla dziesięciotysięcznej widowni. Koncert miał specjalną oprawę. Kolorowe strumienie lasera, akrobaci i kuglarze wariujący obok muzyków zostali na zamówienie zespołu sfilmowani przez Petera Przygoddę. A cały spektakl został wyemitowany w 3 programie niemieckiej telewizji WDR. Niedługo potem Can został zaproszony do odbycia pierwszego tournee po Anglii. Melody Maker tak przedstawiał zespół angielskiej publiczności: „muzyka odróżnia się w genialny sposób od rocka w Anglii i Ameryce, jest to muzyka skoncentrowana na warstwie instrumentalnej... obdarzona rytmem, którego nie posiadają amerykańskie grupy space music”. Trasa po Anglii zakończyła się wielkim sukcesem i jeszcze nieraz Can będzie odwiedzał swoich angielskich fanów.Po powrocie do kraju i krótkim wypoczynku grupa zabrała się do pracy nad kolejnym albumem. Powstał Ege Bamyasi [...]


Mushroom

Po powrocie z zagranicznych wojaży i letnich wakacjach, podczas których Czukay podróżował po Tajlandii, a Damo Suzuki odwiedził Japonię, spotkali się wreszcie w Inner Space Studio. W sierpniu powstało nowe dzieło – album Future Days. Nie jest to płyta tak dobra jak Ege Bamyasi czy Tago Mago. Słychać na niej wyraźne złagodzenie brzmienia i jakby brak zdecydowania, w którym kierunku grupa powinna podążyć. Oczywiście pobrzmiewają echa dawnych nagrań, choćby w utworze tytułowym czy w Spray i to są piękne momenty, dla których warto poznać ten album. Niestety Future Days był ostatnim longplayem, w którego nagraniu brał udział Damo Suzuki. Podczas jesieni 1973 roku ożenił się z córką Świadków Jehowy i postanowił opuścić Can. Zespół nie załamał się jednak i postanowił kontynuować pracę jako kwartet. Na koncertach Schmidt i Karoli dzielili się partiami wokalnymi. Mimo odejścia Damo Suzuki, Can w dalszym ciągu określany jest jako „najbardziej znaczący zespół muzyczny”(Melody Maker). Jak zwykle początek roku muzycy spędzili bardzo pracowicie na dawaniu koncertów w Niemczech, Anglii i Francji. W międzyczasie Jaki Liebzeit wziął udział w sesji niemieckiego wokalisty Alexa (That’s the deal). W lecie Can wydają zupełnie nowy materiał pt. Soon Over Babaluma. Płyta nie wniosła niestety nic twórczego do wizerunku muzycznego grupy. Muzyka coraz bardziej oddalała się od transowego brzmienia początku lat siedemdziesiątych. W najciekawszym utworze płyty (Dizzy Dizzy) Karoli śpiewał i grał na skrzypcach. Sounds określił album w trzech słowach „igraszki, komizm, samoparodia”.Dla poprawienia kiepskiej sprzedaży Soon Over Babaluma , muzycy wyjeżdżają na tournee po Anglii, które znowu okazuje się komercyjnym sukcesem. Na fali popularności zespołu w Anglii, wytwórnia Virgin Records wydaje Limited Edition. Kompilację nagrań z lat 1968-1974. Druga połowa lat siedemdziesiątych nie była już dla członków Can udana. Co prawda udało im się nagrać jeszcze kilka płyt, w tym uznawany przez krytyków za wielkie osiągnięcie album Flow Motion, jednak moim zdaniem, było to już tylko odcinanie kuponów od dawnej sławy zespołu. Gwoździem do trumny okazało się zatrudnienie dwóch byłych członków Traffic, Rosko Gee i Reebopa Kwaku Baaha. Kreujący się na gwiazdy, żądali indywidualnych warunków w zakresie tantiem, co doprowadziło do kłótni w zespole. Wcześniej, po sesji Saw Delight odszedł z Can Holger Czukay. To był faktyczny koniec zespołu.


Spoon

This posthumous release, sub-titled ‘June 1968 The Very First Session’, didn’t catch my attention for years because I assumed it was a bootleg of ‘Delay 1968’ or something like that which I’d already bought. Then a friend lent me her copy of the original cassette release and I realised that I had the totally wrong idea. This is not at all like the music on ‘Delay 1968’, and of course pre-dates it, being the first recorded jam session of Can, made at Schloss Nörvenich as a mono recording. It was only in 1984 that Holger Czukay edited the tape and released it for the first time. It’s also now available on LP, but I’m not sure if there’s been a CD reissue yet.

The band at this stage (June ’68) consisted of Holger Czukay (bass, tapes), Michael Karoli (guitar), Jaki Liebezeit (drums, percussion, flute), Irmin Schmidt (piano, organ) and David Johnson (flute, tapes), with Manni Löhe as a guest on vocals, flute and percussion. Who knows if they had played a note together before this recording – it does sound as though perhaps it was the first time they’d all played together, and some of the musicians sound as if they’ve only been playing their instruments for a few days (or hours!). Basically the whole thing consists of edited portions of a big improvised free-form jam session, and while the quality of much of the music is debatable, it is certainly pretty out-there for ‘68, going where few bands would dare to tread (ie. outside the dotted lines of convention) with abandon more for the sake of trying and seeking than for succeeding at first try. For this, it’s an interesting recording despite its shortcomings, and one that enthusiastic Can fans should hear at least once.

link in comments

11 komentarzy:

ankh pisze...

link

Anonimowy pisze...

Fantastyczna grupa,jedna z najlepszych w historii rocka.
b.

ankh pisze...

Bardzo dziekuje. W mojej opinii to rowniez jedna z najciekawszych grup. Prezentowane tu nagrania nie sa moze najlepszej jakosci. Maja za to wartosc kolekcjonerska.

continuo pisze...

Nice one.

obly pisze...

can i kazda sciezka poszczególnych członków zespołu, (czukay i libezeit w szczególnosci) jest warta przebadania ;)))

moja ulubiona kapela
jakze pieknie ze sie tutaj znalazła

obly pisze...

z samym opisem nie dokonca sie zgadzam, w swietle odbioru dzis - wszysktie albumy oprócz dwóch ostatnich są mega zajebiste, są inne
soon over babaluma jest jednym z ulubionych. co prawda tago mago i ege byamasi są naprawde wżerajace siew mózgownice ale reszta również i po czasie robi. oprócz dwóch ostatnich albumów. of kors.

do tego bardzo polecam przemacanie solowych plyt czukaya - good morning story, libezeita z friedmanem, czy jako phantomband

to w sumie jest około dodatkowych kilkanascie płyt do przesłuchania przepięknej muzyki.

ankh pisze...

Bede cos kombinowal z tymi solowymi dokonaniami Czukaya i Liebezeit'a. Damo Suzuki rowniez uczetsniczyl w wielu interesujacych projektach by the way.

Dmitrich pisze...

Thanks a lot ! Really its fantastic sound.

Dmitrich pisze...

In Poland plenty of remarkable, interesting music...Will publications? I have only one album Niebiesko-Czarni,but so wanted else...8))
In its blog I have a small polish page http://onwingsdream.blogspot.com/search/label/Poland
But in my collections of the polish music much more..This old love - my mother worked in polish embassy in Moscow and I had very good friend - Robek.Rock beside us then was under prohibition and for me Czerwone Gitary were as Beatles...

obly pisze...

np w Damo Suzuki Band - nie jest to tak dobre co prawda ale robi i zaprawde warto. Polecam wszystkim Phantomband - nowhere - jest to niesamowita płyta, Phew - co nagrala plyte z chłopakami z Can.
karoli i szmidt tez przeca obrabiają w muzyce. ale bardziej chyba teatralna.
a Czukay to ja normalnie wszystko co sie dało na uszy to szperałem ;)))

ankh pisze...

Mysle, ze z Nowhere albo z Phantomband cosik da sie wykombinowac :))) Fakt - niektore projekty Damo sa do kitu.

The Savage Saints Designed by Templateism | Blogger Templates Copyright © 2014

Autor obrazów motywu: richcano. Obsługiwane przez usługę Blogger.