Our Blog

Caspar Brötzmann Massaker - Koksofen (1993)


Masywny, marszowy rock, posępne recytacje i psychodeliczne improwizacje to niepospolita kombinacja. Dlatego warto zainteresować się tym, jak na płycie „Koksofen” własną, nieschematyczną wizję muzyki gitarowej przedstawił zespół Massaker dowodzony przez Caspara Brötzmanna. Tak, z tych Brötzmannów.

Nazwisko założyciela grupy kojarzone jest zazwyczaj z jego ojcem Peterem, który przez 40 lat kariery stał się jednym z najważniejszych Europejczyków we freejazzowym światku. W roku 1968 ten niemiecki saksofonista zaatakował uszy melomanów „Machine Gun”, swoim najpopularniejszym dziś albumem, mimo upływu lat nadal brzmiącym prawdziwie radykalnie, a Jimi Hendrix wydał „Electric Ladyland”. Pierwszy z nich przekazał synowi w genach talent do płodzenia niebanalnego hałasu, by razem z nim nagrać krążek „Last Home” (1990). Z drugim młodszy Brötzmann jest często zestawiany, chociaż kiedy zaczynał tworzyć własną muzykę, dorobku legendarnego gitarzysty jeszcze nie słyszał, a gdy usłyszał, ten nie zyskał jego uznania. Być może więc za powód do porównań wystarczyły leworęczność i użytkowanie stratocastera, jednak trudno negować pewne duchowe powinowactwo.

Uformowane w 1986 r. trio debiutowało rok później płytą „The Tribe”. „Koksofen” (1993) to czwarty i ostatni album z premierowymi kompozycjami wydany pod banderą Caspar Brötzmann Massaker. Dwa lata po nim na rynku pojawił się jeszcze „Home”, gdzie znalazły się powtórnie nagrane utwory z pierwszych dwóch płyt – trzeba przyznać, że faktycznie lepsze od pierwotnych wersji. Niektórzy – zapewne ze względu na mylący tytuł – do wydawnictw grupy zaliczają także solowy materiał lidera z 1999 r., „Mute Massaker”; nie wydaje się to jednak zasadne. Tym samym właśnie opisywany krążek ukazywać powinien najdojrzalsze oblicze zespołu. Niezbicie zaś prezentuje najmroczniejsze.



Kluczem do „Koksofen” jest minimalizm. Wykorzystano najbardziej podstawowe rockowe instrumentarium (poza śpiewającym i grającym na gitarze szefem w skład formacji wchodzili basista Eduardo Delgado Lopez i perkusista Danny Arnold Lommen); zagrano – choć gęste brzmienie i pozorny chaos sugerują rzecz przeciwną – tylko niezbędne nuty. Prosta zwykle praca sekcji rytmicznej wzmogła hipnotyczny charakter muzyki. Jak w „Wiege”, gdzie przez połowę utworu Brötzmann szeptem recytuje tekst na tle powtarzającej się, równej sekwencji uderzeń w bębny, a potem dokłada do tego brudną i równie nieskomplikowaną partię gitary. Najważniejszego narzędzia budującego przytłaczające walce Massaker.
Mimo ciężaru i bezdyskusyjnej nowoczesności korzenie stylu Niemca samouka sprawiają wrażenie tkwiących w latach 60. i 70. – na pewno nie w rozumianym na dzisiejszy sposób metalu. Nie ma tutaj miejsca na wymuskane galopady i tradycyjnie pojmowaną wirtuozerię – jest pierwotność, agresja, maltretowanie strun. Autor swój kunszt pozwala poznać nie tyle w szkieletach kompozycji, co w artykulacji – jest bardzo kreatywny w wydobywaniu z instrumentu zaskakujących tonów.

Gniewne popisy Brötzmanna nie byłyby tak imponujące, gdyby nie oczekiwanie, budowanie napięcia. Klimatyczne zbitki dźwięków, które same w sobie niekiedy trudno nazwać muzyką – to także stanowi istotną część płyty. Bywa, że gitara „podszywa się” pod dzwony, innym razem przywodzi na myśl tykanie zegara; często wstawkom towarzyszy ochrypły głos lidera tria (a język niemiecki jest jakby zaprojektowany specjalnie do topornej z założenia twórczości Massaker). Ekstremalnym przykładem jest zamykający całość utwór tytułowy, czyli właściwie 16 minut okraszonych na początku ponurą deklamacją drone’ów i sprzężeń przypominających odgłosy eksploatowanego kamieniołomu lub – jak wskazuje nazwa – pieca koksowniczego.

Co prawda końcowy numer jest wyjątkiem, lecz trzeba uczciwie przyznać, że takie fragmenty mogą być dla niektórych poważnym mankamentem. Jeżeli okaże się ich zbyt wiele, pozostaje spróbować innych, bardziej rockowych albumów zespołu, co po przesłuchaniu „Koksofen” i tak powinno stać się priorytetem. Ten krążek bowiem to porcja fascynującej muzyki, a Caspar Brötzmann, choć najpewniej nie jest artystą na miarę ojca, ewidentnie nie zasługuje na pozostawanie w jego cieniu. (Mieszko B. Wandowicz)



Formed in Berlin, Germany in 1987, the Caspar Brötzmann Massaker was a vehicle for its nominal leader, an acclaimed guitar virtuoso (as well as the son of saxophonist Peter Brötzmann) whose intense work summoned the spirit and power of traditions ranging from heavy metal to free jazz. A trio also comprised of bassist Eduardo Delgado Lopez and drummer Danny Arnold Lommen, the Massaker debuted in 1987 with The Tribe, a showcase for Brötzmann's dive-bombing guitar work and ominous vocals. With 1992's Der Abend der Schwarzen Folklore, the trio broadened its structural and rhythmic horizons over the course of four epic tracks ranging in sound from throbbing metal to blues; the following year's Koksofen continued the group's advancement, but only 1995's Home earned any significant mainstream attention. The live effort Zulutime was released in 1996. Mute Massaker followed four years later.

Among the many things that can be said about Caspar Brötzmann's power trio Massaker, one is that it sounds like no other band on the planet. From the first dirty, warped guitar strum, listeners know whose world they have ventured into. There are times when he appears to have taken a page from Japanese guitarist Keiji Haino's band Fushitsusha  in terms of a certain loose and expansive quality, but Brötzmann's sound revolves much more around a throbbing, almost tribal rhythmic sense, a conception echoed in his cover drawings with their allusions to the cave paintings at Altamira. The opening track here, "Hymne," is one of his most powerful and successful, from the initial scratchings and feedback whorls to the irresistible grooves riding beneath his hyper-fuzzed and bathed-in-overtones guitar. The subsequent tracks follow the same general form, with length enough to allow both frequent shifts in approach (often beginning in a slow haze and then suddenly focusing) and ample time for Brötzmann's dark ruminations. As on previous albums, the music is largely instrumental; whatever vocals here are delivered in a slurred, guttural fashion that blends in seamlessly with the accompaniment. The title track translates into "Coke Oven" and the piece spends the entirety of its 16 minutes in a stark and chilling representation of an acrid, claustrophobic industrial cavern, suffused with harsh poundings and reverberations. This one composition alone puts most "industrial" bands to shame. Recommended. (AMG)

link in comments 

3 komentarze:

pausts pisze...

link

Anonimowy pisze...

I just added your website on my blogroll. I may come back later on to check out updates. Excellent information!

anch pisze...

Could you please update the link?

The Savage Saints Designed by Templateism | Blogger Templates Copyright © 2014

Autor obrazów szablonu: richcano. Obsługiwane przez usługę Blogger.